Do Dębskiej Woli, w przeciwieństwie do rudny w Ostrowcu, pojechałem sam. Młody walczył z chorobą, Doktor obiecał dojechać „później”, podobnie jak i Damian, który robi dokumentację fotograficzną z moich wyjazdów.

Na miejsce przyjechałem przed 9.00. Znalazłem miejsce postojowe, wyprowadziłem motocykl z samochodu i poszedłem do biura zawodów uiścić opłatę wpisową, pobrać transponder i skierowanie motocykla na badanie techniczne.

Wróciłem na parking, przyczepiłem transponder, założyłem kask na głowę i w adidaskach pognałem na przegląd techniczny. Wszystko na luzie. Bez nerwówki, tak jak bym robił to wielokrotnie i od dawien dawna. Normalnie brakowało mi tylko skręconego bata w zębach…

Na trasie rajdu znajdowały się już quady, ale niespecjalnie miałem ochotę oglądać ich wyczyny. Wolałem pójść zapoznać się z trasą. Znając swoje umiejętności starałem się wyszukać przeszkód mogących stanowić dla mnie największe wyzwanie. Organizator zadbał o przeszkody z opon i belek drzewa. Trasa wiodła po części przez tor motocrossowy, trochę lasem i łąkami. Poza długimi i stromymi, jak dla mnie podjazdami i jednym zjazdem pętla wydawała się być dość łatwa. Przejechać to jedno, ale utrzymać tempo to drugie. Z tym problem miałem poprzednio, lecz teraz miałem nadzieję na szybszy przejazd. Tylko te podjazdy…

Po zapoznaniu się z trasą poszedłem do busa i starałem się nie myśleć o wyścigu, co by sobie nie wkręcać katastrofalnych czy kompromitujących upadków. Kanapka, Oshee, banan, Oshee i magnez, aby uniknąć ewentualnych skurczy. W Ostrowcu przekonałem się, że nawadnianie w dniu zawodów dwoma kubkami kawy na prawie pusty żołądek to nie tylko mało, ale przede wszystkim niezdrowo. Dojechał Damian i „Doktor”. Poczułem się raźniej. Damian wyciągnął aparat, żeby zacząć robić swoje, a Winek „Doktor” pomógł mi dotankować motocykl.

Powoli zacząłem się ubierać, bo czas mojego startu nieuchronnie się zbliżał, a chciałem jeszcze „podziczyć” po okolicy, aby rozgrzać siebie i motocykl. Kiedy wracałem w obręb toru motocrossowego, grupa uczestników startujących w mojej klasie ustawiała się na linii start/meta. Kilka słów od organizatora, że „dla was nie ma już objazdów. W zasadzie są, ale się nie opłaca”. Wydźwięk jego wypowiedzi był taki, że generalnie to jedziemy w klasie senior i ona wymaga jakiś tam umiejętności. W dupie miałem czy coś mi się opłaca czy nie- chciałem ukończyć zawody w jednym kawałku i zamierzałem jechać objazdami. Skoro mieliśmy kółko zapoznawcze to postanowiłem mimo wszystko spróbować podjechać pod te górki. No i podjechałem. Dlatego też, kiedy objechaliśmy całą trasę i staliśmy na starcie, zmieniłem zdanie i postanowiłem atakować podjazdy, a jak bym sobie nie radził, to będę walił w objazd. Pojawił się tylko mały problem. Już miałem zadyszkę, a zaraz tempo miało być nieporównywalnie wyższe. Nie wróży to nic dobrego.

Start miałem nieudany. Trochę się zgapiłem i motocykl poszedł mi na gumę. Wiadomo, trzeba było podsprzęglić i straciłem kilka pozycji. Najpierw tor. Całkiem przyjemny. Nie jeździłem do tej pory po takiej nawierzchni. Brak kolein i luźnego gruntu sprawia, że jechało mi się całkiem dobrze. Później przejazd przez opony poszedł mi nie najgorzej. Belki postanawiam ominąć ze względu na duże zamieszanie jakie tam panowało i sporą kolejkę do przeszkody. Z resztą któryś z sędziów nawet sugerował, aby jechać na objazd. Warto było, bo widziałem, że kilku zawodników tym manewrem udało mi się minąć. Później łąka, las i podjazdy. Na jednym z nich poległem. Chwilę zajęło mi ściągnięcie motocykla ze zbocza i ponowny atak, tym razem skuteczny. Później jechało się kawałkiem lasu, następnie znów łąką z kilkoma usypanymi pagórkami i wpadaliśmy na linię startu/mety. Dotarło do mnie, że nadal mam zbyt twardo ustawiony widelec. Znowu spuchły mi ręce, ale dało się jechać. Tylko na dużych wybojach, zwłaszcza w lesie kierownica wyrywała mi się z rąk. Zamiast walczyć z terenem musiałem też walczyć z motocyklem. Takie zestrojenie na pewno nie ułatwiało mi jazdy. Pamiętam, jak kupowałem motocykl i co mówili w W&W: „Jak się nie rozumicie na zawieseniu to se tam nie kręćta po swojemu, bo ino gorzej zrobita”. Wiedzieli co mówią. Ja już nie mam pomysłów jak zrobić, aby zestroić je chociaż średnio dobrze, bo o dobrze nawet nie marzę.

Tempo miałem porównywalne na każdym okrążeniu. Na każdym też miałem problemy z podjazdami i raz położyłem motocykl na zjeździe. Nie opisuję każdego z nich, bo byłaby to kopia pierwszego z mniejszymi czy większymi problemami na wspomnianych podjazdach. Nie było walki na noże, spektakularnych gleb czy w ogóle walki o przeżycie i dojechanie do mety. W Ostrowcu miałem wrażenie jak bym był głównym bohaterem drogi krzyżowej. Zmęczenie, upadek pierwszy, upadek drugi… Tutaj tego nie było. Co prawda przyjechałem „wypompowany” ale siły rozłożyłem w miarę równomiernie. W czasie 01:34:30,590 udało mi się pokonać 6 okrążeń. Jestem pewien, że gdybym lepiej się przygotował kondycyjnie tempo byłoby wyższe.

Wróciłem pod samochód. Winek musiał się urwać, ale został Damian i on pomógł mi zapakować do auta motocykl. Odpiąłem transponder i poszedłem go zanieść do biura zawodów. Od razu poszedłem do sędziego, który stał obok miejsca, gdzie zgubiłem GoPro, czy je ma, bo chcę odebrać, a zatrzymałem się przy nim na sekundę pokazując miejsce gdzie potencjalnie może leżeć i zabranie kamery ze sobą do biura zawodów. Stwierdził, że nie ma, bo nie znalazł. Pobiegłem więc na przełaj do lasu w poszukiwaniu kamery ściągniętej z kasku przez gałęzie. Szukałem chwilę, ale się poddałem. Albo opony motocyklowe wbiły ją pod ziemię albo zasypały luźnym gruntem, albo ktoś ją znalazł i sobie przywłaszczył. Wracając zrezygnowany wypatrzyłem ją jakieś 3 metry od trasy. Leżała sobie na ściółce cała w mrówkach. Dawno się tak nie cieszyłem. Co prawda długiego filmu z przebiegu mojej rywalizacji w Dębskiej Woli wiele nie zobaczycie, ale przynajmniej mam kamerę na dokumentowanie kolejnych wyjazdów.

Nie czekając na ogłoszenie wyników przebrałem się, zapakowałem wszystkie graty do auta i pojechałem do domu. Podobnie jak było w drodze powrotnej z Ostrowca tak i tutaj myślami byłem już przy trzeciej rundzie Pucharu w Bytomiu. Rozdział Dębska Wola uważam za zamknięty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *