Na trzecią rundę zawodów, która odbywała się w Bytomiu, miałem konkretny plan – wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i pojechać koncertowo. Oczywiście odpowiednio i proporcjonalnie do mojego doświadczenia. Miało być przede wszystkim czysto, bez popełniania głupich błędów. Tempo miało zależeć od mojej kondycji, ale planowałem poprawić się także w tej sferze. Potrafię jechać dużo szybciej, ale kiedy ręce odmawiają mi posłuszeństwa, a operowanie gazem czy klamkami hamulca i sprzęgła staje się problematyczne automatycznie zwalniam, co by się nie „rozmaślić” na jakiejś przerośniętej brzozie. I to wszystkie moje założenia. Rzeczywistość wyglądała następująco.
Po zawodach w „Dębskiej” kontakt z motocyklem… miałem. Po trzech dniach od zawodów postanowiłem umyć go z morawickiego wapienia. Tak na marginesie ów wapień sprzyja powstawianiu korozji elementów metalowych. Było to szczególnie widoczne na podnóżkach i niektórych śrubach. WD40 skutecznie sobie z tym poradziło. Wyprałem filtr powietrza, sprawdziłem wszystkie połączenia mechaniczne i elektryczne z ewentualnym ich przesmarowaniem. Cały motocykl przetarłem pastą polerską aby nieco zamaskować rysy będące odzwierciedleniem moim uprzednich poczynań no i umiejętności. I to by było na tyle mojego obcowania z maszyną w trakcie pierwszego tygodnia.

Drugi tydzień wyglądał nieco lepiej. Motocykl zabrałem do siebie na budowę. Budowa jak budowa, niemniej ta była akurat charakterystyczna, ponieważ wykonywanych jest tam sporo prac ziemnych co daje wiele możliwości sponiewierania i siebie i motocykla. Tak też się stało. Udało mi się odbyć trzy sesje treningowe trwające nieco ponad godzinę każda, mimo to były dla mnie wystarczające intensywne. Duża ilość nasypów, głębokich kolein, grząskich zagłębień terenu, pryzm zgromadzonych kruszyw i terenów przyległych do rzeki Wisłoki umożliwiały przećwiczenie i podnoszenie swoich umiejętności w prawie każdych warunkach terenowych. Podpatrzonym przeze mnie na zawodach w Dębskiej Woli ćwiczeniem jest „ósemka”. Znalazłem sobie w miarę płaski, nieco poprzecinany koleinami, teren. W myślach upatrzoną trasę w kształcie cyfry osiem starałem się pokonywać coraz szybciej, nie zapominając o prawidłowej pozycji na motocyklu. Według mnie świetnee ćwiczenie, bo szlifowane jest wejście w lewy i prawy zakręt, hamowanie połączone z redukcją biegów, dosiad do zbiornika z pozycji stojącej i przyśpieszanie połączone z przebiciem biegu czy biegów na wyższe. Na początku jak zawsze powoli. Później szybciej i szybciej… Pojawiają się uślizgi. Mniejsze, a wraz ze wzrostem prędkości – głębsze. Do wszystkich wymienionych wcześniej czynności dochodzi balans ciałem, kontrola uślizgu za pomocą sprzęgła i gazu. Mało tego, dziury i nierówności wespół z twardym zawiasem z przodu mocno dawały się odczuć dłoniom i przedramionom. Zmęczenie, zmęczeniem, ale hamować i precyzyjnie przyśpieszać trzeba. To też dodatkowa zaleta tego ćwiczenia, bo kiedy pod koniec wyścigu wszyscy odczuwają zmęczenie, to precyzję sterowania motocyklem warto utrzymać do samego końca. Ćwiczenie to genialne w swej prostocie, a chyba ze względu na łączenie wszystkich elementów jazdy ochoczo wykorzystywane nawet przez profesjonalistów. A tych warto podglądać.

Na budowie mam wiele usypanych górek z ziemią o różnej konfiguracji nachylenia zbocza. Co prawda górale mają lepsze warunki do ćwiczenia pokonywania tego typu przeszkód, ale jakoś muszę sobie radzić. Miejscami grunt jest zbity, miejscami luźny więc ćwiczenie podjazdów czy zjazdów w różnych warunkach idzie mi dobrze. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo na górki wjeżdżam w miarę regularnie nie zakopując się na stromiźnie, nie gasząc silnika czy nie spadając z nich. No może kilka razy zdarzyło się zrzucić motocykl na dół, ale bez większych szkód w sprzęcie i ludziach.

Trzecim elementem dość mocno ćwiczonym przeze mnie było pokonywanie przeszkód. Rowy, groble, stare elementy żelbetowe rozrzucone gdzieś po terenie podobnie jak spróchniałe pnie drzew musiały mi zastąpić wkopane opony, belki czy duże kamienie jakich używali organizatorzy w poprzednich rundach Pucharu.
Jak zawsze, grafik codziennych spraw mam wyjątkowo napięty wiec mogłem sobie pozwolić jedynie na godzinne treningi. Za to starałem się, aby były możliwie jak najbardziej intensywne. Po każdym z nich wyglądałem tak, jak bym wyszedł spod prysznica. Jeździłem we wtorek, czwartek i piątek.

Po weekendzie, w poniedziałek zawiozłem motocykl na serwis. Oprócz wymiany filtra i oleju w silniku oraz tylnej opony, chciałem, żeby dokonano, serwisu zawieszenia oraz kolejnej próby jego „zmiękczenia”. Właściciel serwisu również ściga się min. w CC Pucharu Podkarpacia więc poprosiłem go o to, aby spróbował ustawić zawias „pod siebie”.
W czwartek po południu zadzwonił do mnie i powiedział, że wziął motocykl na testowanie zawieszenia. Kiedy się zatrzymał, maszyna nie chciała już odpalić z rozrusznika. Po pchnięciu, owszem zapalała i dało się jechać jednak nie miała zbyt dużo mocy. Liczyłem na jakiś zapoznawczy trening na motocyklu z jego nowymi nastawami i na nowej oponie, jeszcze przed zawodami, a wszystko wskazuje na to, że nic z tego nie będzie. W czwartek rozebrali silnik. Okazało się, że „zapiekły” się pierścienie. Tłok i tak ma już 86,5 mh więc podjąłem decyzję o jego wymianie. W sobotę przed południem przyszły części. Miałem dziwne przeczucie, że coś „nie zagra” i z mojego wyjazdu do Bytomia nici. Nie myliłem się. Dziś po 15 dzwonili z serwisu. Tłok Wossnera dedykowany do tego modelu założony, ale „klepie” w zawory. Zależy mi na starcie, więc kazałem im założyć stary tłok ze starymi pierścieniami. Spróbuję na nim przejechać zawody licząc tylko, że nic się nie urwie i nie zrobi totalnej demolki w silniku.

Na zawodach wystartuję z osłabionym silnikiem. Sam też nie czuję się najlepiej. Po zeszłotygodniowym, piątkowym treningu złapało mnie przeziębienie. Do środy próbowałem leczyć się sam. Bez skutku. W czwartek rozpocząłem kurację antybiotykową. Czuję się może trochę lepiej, ale rewelacji nie ma. Nie popracowałem nad swoją wydolnością. Wracając do stanu maszyny: zawieszenie jest po serwisie ale jego twardość miała być ustawiona po tym jak motocykl zostanie sprawdzony w terenie przez właściciela serwisu. Nie zrobił tego, bo pojawiły się problemy z silnikiem.
Jest godzina 22.40. Jestem spakowany. Motocykl pospinany pasami na samochodzie również. Zarówno ja jak i on trochę się sypiemy. Mimo wszystko po 6.00 wyjeżdżamy do Bytomia powalczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *