Do Bytomia wyjechaliśmy zgodnie z planem: po godzinie 6. Pojechał ze mną kolega z pracy, Tomek. Pogoda wyśmienita, małe natężenie ruchu sprawiło, że na miejscu, zameldowaliśmy się kilka minut po godzinie 8. Gwoli ścisłości przyjechaliśmy do Świętochłowic w okolice ulicy Ajska, bo tam dokładnie odbywały się zawody.

Pierwsze kroki skierowałem do biura zawodów. Wcześniej dokonałem zgłoszenia przez www.wynikizawodów.pl więc stoję w kolejce dla tych, co uczynili podobnie. Kolejka jest długa, a nawet bardzo. Ci, którzy dokonują rejestracji w dniu zawodów stoją dłużej, bo muszą dodatkowo wypełniać druki zgłoszeniowe. Ich kolejka jest jeszcze dłuższa. Słońce przygrzewa, do planowanego startu zostało ponad 3 godziny, a ja czuję, że opadam z sił. Z pewnością przeziębienie i kuracja antybiotykowa mi w tym nie pomaga. Po niespełna godzinnym oczekiwaniu udaje mi się opłacić swój start kwotą 120 złotych i przy okazji pobrać transponder i skierowanie na badanie techniczne motocykla. Po powrocie do Mastera zamykam się w nim i pozwalam klimatyzacji zrobić swoje.

Wypakowaliśmy motocykl z samochodu. Oczywiście, miałem tę świadomość, że jest równie niedysponowany jak ja. Motocykl odpalił. Chciałem, żeby się rozgrzał. Kiedy „złapał” temperaturę zacząłem bawić się gazem. KTM strzelił jednak w wydech i zamilkł wyrażając swoją niechęć do dalszej współpracy. Późniejsze duszenie przycisku rozrusznika nic nie dawało. Postanowiliśmy dać mu chwilę, aby silnik ostygł. Przez moment myślałem, że to dla mnie koniec zawodów i trzeba pakować się z powrotem do domu, bo wiedziałem w jakim stanie było serce motocykla. Szerzej o tym pisałem w swojej analizie możliwości przed tymi zawodami. Po kilku minutach ponownie podjąłem próbę odpalenia motocykla – skuteczną. Ubrałem kask i postanowiłem go „przegonić” z myślą: „no bo może jest jakiś syf w układzie zasilania”. Motocykl był słaby, ale dało się jechać. Kilka minut jazdy napawało mnie nadzieją, ale na jednym z dohamowań połączonych z redukcją do „dwójki” motor zszedł z obrotów, również strzelając w wydech i znowu postanowił sobie „odpocząć”. Chwila czekania, żeby silnik „ochłonął” i udało mi się wrócić z powrotem na bazę, aby dokonać odbioru technicznego motocykla.

Najgorszą rzeczą jaką zapamiętałem z tych zawodów było oczekiwanie na start. Czułem się po prostu słabo. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Chciałem tylko przejechać swoje i wracać do domu. Z Tomkiem staliśmy w cieniu wozu strażackiego i obserwowaliśmy starty i jazdę zawodników z klas startujących przede mną. Na około 40 minut przed startem poszedłem się przebrać, bo na kilka chwil przed rozpoczęciem wyścigu chciałem jeszcze pobawić się motocyklem. A miejsce ku temu było nieopodal linii startu. Wielu z niego korzystało, próbując rozruszać siebie i motocykl. Dla mnie ważna rzecz, bo wtedy łapię kontakt z motocyklem jeszcze przed okrążeniem zapoznawczym. Kiedy już pokręciłem „ósemki” i nawdychałem się wystarczająco dużo kurzu, ustawiłem się na linii startu do okrążenia zapoznawczego. Znowu czekanie i pot ściekający spod kasku na oczy. Za długo to wszystko trwało i inni stojący na stracie też podzielali moje zdanie. Z drugie strony to sport dla twardych więc wszystkie przemyślenia zachowujemy dla siebie spijając ukradkiem słony pot.

W końcu ruszyliśmy. Bez pośpiechu i zbędnego przepychania. Z resztą wszechobecny kurz naturalnie spowalniał wszystkich. Jechaliśmy jeden za drugim. Widok tylnego koła zawodnika poprzedzającego prowadził następnego. Pierwszym charakterystycznym miejscem na trasie był wąwóz z przepływającym przez niego ciekiem. Po terenie widać było, że jest tam grząsko. Tym bardziej zdziwił mnie widok zawodników stojących centralnie w tym bajorze i utopionymi motocyklami prawie po samo siodło. „Po cholerę oni się tam pchali skoro widać, że to w ogóle nie jest do przejechania.” – pomyślałem, nie wiedząc jeszcze, że niebawem podzielę ich los.

Za wąwozem był do pokonania podjazd z możliwością objazdu. Wychodzę, z założenia, że na „zapoznawczym” trzeba jechać trasą najszybszą, niekoniecznie łatwiejszą. Jeśli nie będę dawał sobie z daną przeszkodą rady, korzystam z objazdu. Tak więc dojechaliśmy do wspomnianego podjazdu. Nie rozpędziłem się. Dojechałem do podnóża zbocza na spokojnie. Zapiąłem pierwszy bieg obserwując kilku zawodników mających problemy i szarpiących się z motocyklami. Optymalna linia przejazdu była zatarasowana przez leżący motocykl innego zawodnika. Bez prędkości i pomyślunku zaatakowałem podjazd, omijając leżący motocykl z lewej strony. Luźna nawierzchnia i wcześniejsze błędy sprawiły, że motocykl praktycznie przestał jechać do przodu. Przytrzymałem go na sprzęgle jednak klamka wyrywała mi się z pod palca, co skutkowało wyrwaniem motocykla z pod tyłka imponującym saltem. Chwilę zajęło mi zsunięcie maszyny na dół, ale kosztowało mnie mnóstwo siły. Nie robiłem drugiego podejścia tylko pojechałem objazdem. Kiedy jechałem szutrową drogą na której gdzieniegdzie pojawiały się kamieniste nierówności uświadomiłem sobie, że widelec mam nadal zbyt twardy. Przednie koło podskakiwało na kamieniach, tracąc przyczepność. Czułem się niepewnie, przez co ograniczałem się z otwieraniem gazu do końca. Później wjeżdżało się do lasu. Trasa wiodła wąską ścieżką między drzewami. Wyprzedzanie tutaj będzie bardzo trudne. Organizator zadbał o sporą ilość zmian kierunków jazdy, przeróżne jary i zagłębienia terenu do pokonania. Miejscami wyślizgane korzenie drzew w połączeniu z twardo zestrojonym przodem sprawiały, że kilka razy uśliznął mi się przód. Za to nie miałem problemu z przejazdem przez bagienko poprzecinane głębokimi koleinami. Z tyłu mam nową oponę Dunlop Geomax 3, która fajnie wypychała mnie z błota. Widziałem, że kilku chłopaków niepozorne błotko „zassało” dość mocno. Po minięciu bagna, las nieco się przerzedzał, było już szerzej i bardziej jasno. No i szybciej oczywiście. Delikatne zjazdy, jeden większy podjazd i z lasu wypadało się na łąkę, z której było już widać miejsce startu. Dla mnie była to łatwa część trasy, tylko szybka, a przy większych prędkościach znowu kierownica „biła mnie” po rękach. Starałem się jechać możliwie szybko na pograniczu wyrwania się gripów z rąk. Z łąki wypadaliśmy na górkę w kierunku patrzącej na nas gawiedzi, gdzie trasa łamie się nawrotem w lewo i później w prawo pod górkę w kierunku linii start/meta.

Znowu oczekiwanie na start. Pot spływał mi po twarzy. Pod zbroją cały się gotowałem. Czułem się słabo. Opadłem z sił po okrążeniu zapoznawczym. Prawdziwe ściganie dopiero miało się rozpocząć. Kiedy wystartowali zawodnicy z klasy Expert przyszła kolej na moją S1. Zapiałem sobie dwójkę. Dosiadłem bliżej kierownicy, aby dociążyć przód przy starcie. Lewą nogę ułożyłem na podnóżku w gotowości do przebicia biegu na wyższy, prawą nogę natomiast ułożyłem na ziemi. Startowy pokazał tablicę z liczbą 15 co oznaczało, że zostało piętnaście sekund do startu, później pojawiła się tablica z dziesiątką. Ja jeszcze poprawiałem się na motocyklu, bo czasu przecież w cholerę – całe 10 sekund. Wtem sędzia wymachał start. Zagapiłem się! Wielu zawodników poszło przodem, choć w tym wszechobecnym kurzu bardzo zależało mi na dobrym starcie. Teraz pozostało jechać jeden za drugim. Tuż po starcie na zjeździe ktoś przewrócił się przede mną. W ostatniej chwili zauważyłem, że jadę centralnie pomiędzy leżącego zawodnika i motocykl. Gdyby było inaczej na reakcję nie byłoby zbyt wiele czasu. Jechałem za poprzedzającymi zawodnikami. W pewnym momencie kurzu było coraz mniej i mniej. Wyjechałem na jakąś górkę i wiedziałem, że pobłądziliśmy. Zawróciłem w kierunku sędzi, która wskazała właściwą trasę w kierunku opisywanego wcześniej wąwozu. Znowu przejeżdżając tamtędy, ktoś wyciągał motocykl z błota. „Głupi czy jaki, żeby pchać się w to bagno” pamiętam pomyślałem wtedy.

Przejechałem przez wąwóz i coś w rodzaju naturalnych schodów powstałych z głazów leżących jeden na drugim i skierowałem się w stronę objazdu, który to pokonał mnie „na zapoznawczym”. Później przelot „szutrówką” w tumanach kurzu wzbijanego przez koła poprzedzających mnie zawodników. To łatwy odcinek trasy tylko na większych kamieniach kilka razy przestawiło mi przód na bok, kiedy twarde zawieszenie zamiast zapracować postanowiło zachować swoją sztywność. Po wjechaniu do lasu nie mogłem złapać właściwego rytmu. W ogóle wszystko mi nie pasowało i czułem się słabo. Wolałem siedzieć niż stać na podnóżkach. Jechałem niepewnie. W ogóle nie czułem co dzieje się na styku opon z podłożem. Stwierdziłem, że przejadę tę rundę bez zbędnego ryzyka. Dla mnie ważne są godziny spędzone na motocyklu i zdobywanie doświadczenia w różnych warunkach. „Byle do mety” myślałem, dlatego też szybszych zawodników chętnie puszczałem przodem, by nie przeszkadzać im w walce. Powoli przeturlałem się przez las i wspomniane bagienka. Podjechałem do drugiego podjazdu. Zapiąłem „dwójkę” i zaatakowałem. Czułem, że motocykl nie ma siły, aby wywieźć nas na szczyt. Kiedy zrozumiałem, że moja osoba na jego grzbiecie to za dużo, zeskoczyłem i za ogon wypchnąłem go na górę. Straty czasowej na pewno nie odnotowałem dużej, bo motocykl nawet nie przestał pracować. Ruszyłem przed siebie w kierunku jednego z większych zjazdów na tych zawodach. Kiedy wyjeżdżałem z lasu na łąkę, wiedziałem, że zamykamy pierwsze kółko. Czułem się osłabiony i zaczynałem kalkulować rozłożenie sił, aby w ogóle dotrwać do mety nawet przy tak spokojnej jeździe jak moja. Tym bardziej, że do mojej niedyspozycji motocykl usilnie próbował dołączyć ograniczając dawkowanie mocy.

Rozpocząłem drugie okrążenie. Tym razem już bez problemu trafiłem do wąwozu. Jechałem już wąską ścieżką, przetartą przez opony poprzedników. Ścieżka wiła się między drzewami, czasami oferując alternatywne drogi, rozgałęziając się, by znów wrócić do pojedynczego szlaku. W pewnym momencie dojechałem do drzewa i zamiast wybrać drogę z jego prawej strony, wybrałem nie wiedzieć czemu z lewej, bliżej bajora gdzie inni potopili wcześniej motocykle. Twardy zawias nie wybiera nierówności na wyślizganych korzeniach przez co „ucieka” mi przód wprost do bagna. Położyłem motocykl. Kiedy wyszarpałem się spod niego i postawiłem go na koła wiedziałem, że dla mnie jazda się skończyła. Tak swoją drogą, zrozumiałem już „czego szukali” inny w tym bagnie, dopiero wtedy, kiedy podzieliłem ich los. Oni z czasem pojechali dalej, a ja miałem więcej pecha, bo złamać klamkę w tak miękkim gruncie jest wielce mało prawdopodobne. A jednak. Powoli doczołgałem się do padoku. Wrzuciliśmy brudnego KTMa do auta, podobnie jak całą resztę upieprzonych śmierdzącym mułem ciuchów i akcesoriów.

W drodze powrotnej tłumaczyłem sobie to, co wiedziałem od dawna, ale liczyłem, że mnie to nie spotka – taki jest motorsport. To nie tylko zyskiwanie czy utrata zajmowanej pozycji podczas jazdy. Dochodzą jeszcze eliminujące czy ograniczające możliwości zawodnika upadki, choroby i kontuzje czy awarie sprzętu. Winny one być wpisane w to hobby i raczej większego wpływu na to czy wystąpią czy nie – nie mamy. Można to wszystko zminimalizować, ale nie da wykluczyć.

Teraz muszę reanimować motocykl i siebie wykurować, bo za dwa tygodnie czeka mnie wyjazd na KCH Enduro Dynamit. Czuję, że tam dopiero będzie się działo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *