W całym tym „Dynamicie” w ogóle nie miałem brać udziału. Cel, jaki obrałem sobie na początku roku to przejechanie wszystkich rund Pucharu Polski Południowej Cross Country. To jest dla mnie najważniejsze, bo chcę zobaczyć jaki wynik uda mi się osiągnąć na koniec sezonu. Tracić czas i pieniądze na inne imprezy nie zamierzałem. Tak się jednak złożyło, że kolega „nabył” udział, ale jednak nie mógł pojechać. Zapytał, czy chcę, bo jego zdaniem warto. Zeszłoroczna runda była ponoć genialna i w tym roku było tak wielu chętnych, że migiem zabrakło miejsc. No to chcę. Za „dwieście zeta” zgłosiłem swój udział w jakiejś imprezie o beznadziejnej nazwie „KCH Enduro Dynamit”. Sądząc po tym wyobrażałem sobie, że są to zawody dla właścicieli Hond XR400 i Yamah XT600. Kawałek belki czy błota dla niedzielnych kierowców, jacy jeżdzą na takim sprzęcie to jest to „hard” do enduro którym jeżdżą.

Jakiś miesiąc temu zadzwonił Młody. „Widłak, a ty widziałeś filmy z tych zawodów co to żeś się na nie zapisał?” Odparłem, że nie, ale w wolnej chwili rzucę na okiem na YT. Kiedy już rzuciłem okiem, do staropolskiego „o kurwa” dołączyły się myśli o rezygnacji z udziału. Wątpliwości przepędziła ambicja. Już widziałem, że to raczej ja będę tym niedzielnym szoferem.

Po pucharowej rundzie w Bytomiu nie zostało mi zbyt wiele czasu na treningi. Motocykl chwilę stał w serwisie co by mu serce uleczono. Praca zawodowa nie pozwoliła mi na odbycie zbyt wielu jazd. W zasadzie były dwie. Pierwsza, w sobotę 03.06 była raczej spokojna, aby wnętrzności w silniku odpowiednio dopasowały się do siebie. Jeździłem głównie po polnych drogach, których nie brakuje w okolicy Kazimierzy Wielkiej. Wybierałem trasy rzadko używane przez rolników. Nierzadko były one zniszczone przez płynącą wodę i porośnięte wysoką trawą. Chodziło mi o nawijanie kilometrów, jednak w terenie wymagającym uwagi i koncentracji. Pod kołami miałem nawierzchnie gruntową, trawiastą albo tłuczniową. Jechałem przed siebie, tak aby w drodze powrotnej nie jechać po tej samej trasie. Zdarzyło mi się kilkukrotnie zawrócić i przejechać kilka winkli z różnymi prędkościami i liniami przejazdu. Starałem się, aby takie przejazdy były coraz szybsze do momentu, kiedy czułem, że motocykl sunie bokiem, a ja gazem w mniejszym lub większym stopniu kontroluję jego poślizg. Profi rajder pewnie zaśmiałby się pod nosem z tego co chciałem osiągnąć, ale mnie wystarczało, kiedy gazem wyciągałem motocykl z poślizgu. Opanowanie takiego winkla uznawałem za wystarczające i gnałem dalej przed siebie. Kilka razy przeskakiwałem też rów melioracyjny – chodziło mi o regularność podrywania przedniego koła strzałem ze sprzęgła w taki sposób, aby tylne koło uderzało o przeciwskarpę rowu. Nie wiem, czy będą tam rowy, ale umiejętność przeskakiwania dziur i wyrw z pewnością mi się przyda. Jak nie teraz to podczas innych rund PPP CC. Potem jeszcze chyba ze dwa razy podjechałem sobie pod kilkumetrową skarpę wąwozu, którym akurat przejeżdżałem. Na tym zakończyłem sobotni trening. Nie miałem czasu na więcej.

Następnego dnia też wyrwałem się na chwilę z domu, ale z nastawieniem ostrzejszej jazdy. Dojazd do pobliskich lasów faktycznie taki był. Mocniej kręciłem gazem więc tył co chwila zmiatał na boki. Z bananem na gębie dotarłem w pobliże lasu, gdzie mam swoje miejsca do tego typu zabaw. Jest kilka podjazdów. Nie atakowałem tych najbardziej ekstremalnych, bo jeździłem sam. Gdybym zaliczył solidną glebę, albo kontuzję nie miałby mi kto pomóc. Więc wyjeżdżałem pod górki, gdzie też musiałem balansować ciałem stojąc na podnóżkach, kontrolować przyczepność tylnego koła i przedniego, żeby nie próbowało się zbyt wysoko podnieść. Patrząc na to co rok temu oferował „Dynamit” swoim uczestnikom, żałowałem, że nie poćwiczyłem podjazdów pod naprawdę poważne wzniesienia, ale rozsądek wziął górę. Jedną z bardziej ulubionych moich przeszkód na tamtym terenie są zwalone przez wiatr drzewa. Uwielbiam przejeżdżać i przeskakiwać przez ich pnie. Pni jest wiele. Ja wybieram takie do 50 cm średnicy. Większe bałem się atakować z tego samego powodu co bardziej strome podjazdy. Wracając do domu udało mi się jeszcze zaliczyć trochę błotnistego terenu. Jeździłem może nieco ponad godzinę więc popróbowałem wszystkiego, ale w minimalnym stopniu.

Po niedzielnej jeździe umyłem motocykl jeszcze tego samego dnia. We wtorek wymieniłem filtr powietrza, napiąłem i przesmarowałem łańcuch no i cały motocykl wyszykowałem. Od wtorku czekał już w garażu na weekendową imprezę.

Jeżeli chodzi o moje fizyczne przygotowanie to było go porównywalnie tyle, co jazdy motocyklem.
W połowie tygodnia po zawodach w Bytomiu poszedłem pobiegać. Pierwszy rozruch po chorobie i kuracji antybiotykowej miał być spokojny. I taki był. Jednak po przebiegnięciu kilku kilometrów opadłem z sił. Spacerując wróciłem do domu zastanawiając się w jakiej formie przystąpię do zawodów. W piątek po pracy zrobiłem sobie 1,5 godzinny trening siłowy. W sobotę i niedzielę jeździłem motocyklem więc dałem sobie spokój z jakimikolwiek ćwiczeniami. W poniedziałek podjąłem drugą próbę przebieżki i było znacznie lepiej. Przebiegłem może 8 km w podobnym tempie jak dawniej. Nie specjalnie jestem zwolennikiem używania gadżetów monitorujących moje wyniki, ale wiem, że zazwyczaj biegam tempem 5 min/km. Opieram się jedynie na dystansie i tym co pokaże zegarek. We wtorek przygotowywałem motocykl. Wróciłem późno do domu, dlatego nie miałem już ochoty na jakiekolwiek ćwiczenia. W środę przez blisko godzinę przerzucałem hantle i inne ciężary plus do tego sporo ćwiczeń rozciągających. Zawsze, czy to podczas biegania czy jazdy motocyklem staram się porozciągać, ale wtedy wyjątkowo skupiałem się na tych ćwiczeniach będących uzupełnieniem treningu siłowego. Wg. mnie i chyba nie tylko takie ćwiczenia zmniejszają ryzyko kontuzji. Pamiętam pierwsze gleby na motocyklu podczas treningów czy nawet po zawodach w Ostrowcu Świętokrzyskim, kiedy byłem słabo rozciągnięty. Przez wiele dni odczuwałem bolące ścięgna – bo to motocykl „zabrał nogę” i w dziwacznym rozkroku mało się nie rozjechałem. Przerzucanie nogi przez motocykl w terenowych warunkach też sprawiało mi ból, a kiedy w winklu położyłem motocykl na wyprostowaną przed siebie nogę czułem jak ograniczony ruch w stawie biodrowym protestuje pod naporem maszyny. Wczoraj i dzisiaj dałem sobie spokój z jakimikolwiek ćwiczeniami, bo jutro jadę już na kwalifikację do niedzielnego wyścigu.

Znowu jestem słabo przygotowany. A na pewno nie w takim stopniu jak bym chciał. Uczestniczyłem już w trzech rundach Pucharu Polski Południowej Cross Country więc jakieś tam obycie z zawodami mam. Może będzie spokojniej i stres nie będzie mnie paraliżował. Liczę na to, że przejechane kilometry w terenie podczas zawodów dają więcej niż niedzielny trening z kolegami, gdzie co 30 min zatrzymujesz się na wymianę wrażeń, ustalanie trasy czy fajkę. Na zawodach cały czas się „ciśnie”. Dochodzi rywalizacja z innymi zawodnikami. Dane rundy charakteryzują się różną specyfiką nawierzchni czy rodzajem przeszkód serwowanych przez organizatora. Tak sobie tłumaczę, że może to pomoże mi objechać tych, którzy jeżdżą od czasu do czasu, ale jednak postanowili wziąć udział w tej imprezie.

Ja ze swojej strony chcę to ukończyć. Przede wszystkim dlatego, żeby nie dać kolegom pożywki do kpin, że zapisałem się na coś czego nie znałem, a później wracałem do domu LPR (tak, to ich wizje mojego udziału w tej imprezie). Zamierzam jechać spokojnie. Co z moich planów i założeń wyniknie oczywiście opiszę na blogu (no chyba, że połamię obie ręce).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *