10.06.2017 po godzinie 06.00 rozpocząłem weekend wyścigowy. To moja pierwsza dwudniowa impreza. Dotychczas wszystkie zawody, w których startowałem rozpoczynały się w niedzielę rano, około 14.00 startowałem w wyścigu, by po 16 wyjeżdżać do domu z miejsca rozgrywek.

Przypisano mi numer startowy 114. Harmonogram zawodów dla mojego numeru to cztery biegi kwalifikacyjne. Czas najlepszego okrążenia daje mi odpowiednie miejsce na linii startowej do niedzielnego wyścigu. Pierwsze kółko robię o 11.10, drugie o 12.40, trzecie o 14.10 i czwarte o 15.40.

Niedzielny wyścig klasy Amator, bo w takiej właśnie startuję zaplanowano na godzinę 11.00. Na trasie walczymy przez dwie godziny plus ewentualnie czas na dokończenie okrążenia, jeśli zostało rozpoczęte przed upływem dwóch godzin. To wszystko jest analogią do tego, co poznałem już startując w Pucharze Cross Country.

Jak już wspomniałem, wyjechałem po godzinie 6.00 z domu. Na zawody zabrałem siostrę, bo nikt ze znajomych nie mógł wtedy ze mną pojechać. Zawsze to lepiej mieć kogoś blisko siebie. Wtedy w razie potrzeby można liczyć na dodatkową parę rąk przy ubieraniu się, czy wykonywanych na ostatnią chwilę drobnych czynnościach serwisowych przy motocyklu. A w przypadku ewentualnej kontuzji podczas wyścigów zawsze ma się awaryjnie kierowcę, który wróci autem do domu. Z domu nie miałem daleko, więc już przed 8.00 byliśmy na miejscu. Do samej miejscowości Płaza, jak i na teren kopalni, gdzie zaplanowano rozgrywki trafiliśmy bez problemu.

Nie wypakowywałem motocykla. Nie zwiedzałem terenu, tylko od razu udałem się do biura zawodów po odbiór pakietów startowych. Pakiet zawierał min. numery startowe do oklejenia motocykla, okolicznościowy T-Shirt, regulamin z harmonogramem i chyba jakieś kupony na darmowe jedzenie, z których nie skorzystałem. Po godzinie dziesiątej motocykl był już zatankowany i oklejony, a ja miałem wszystkie ochraniacze i ciuchy motocyklowe na grzbiecie. Denerwowałem się, dlatego chciałem czym prędzej chwycić motocykl za kierownicę i pokręcić się w kółku, które przygotował organizator, żeby można było zrobić sobie rozgrzewkę. Kółko było niewielkie – z rzuconymi kilkoma konarami i dwiema małymi hopkami. Wystarczało jednak, żeby się rozgrzać i „podpompować” przedramiona. Co chwila ktoś wjeżdżał do środka, ktoś równolegle wyjeżdżał. Robiłem kilka okrążeń, by po chwili wyjechać sobie w okolice depo, żeby zobaczyć co się dzieje. Akurat nadjeżdżał swoim EXC 300 Michał Fujak ze swoją Sarenką uczepioną jego pleców. Mówił, że trasa łatwa i przyjemna. Jechało mu się bardzo dobrze i chyba jest trzeci po pierwszym biegu. Niby ok., ale pamiętam jak przed rundą w Ostrowcu pytał, czy jadę na Red Bull Megawatt, no bo „jasne, że dasz radę” (miałem wtedy wyjeżdżone raptem kilka godzin w terenie!). Co dla niego łatwe dla mnie raczej nie będzie, ale spróbujemy. Mimo wszystko chyba nieco się uspokoiłem jego słowami.

O czasie zameldowałem się na linii startu. Zagadnął mnie gość stojący obok na Husqvarnie chyba TE300. Stwierdził, że w sumie chodzi o zabawę i nie ma co gonić na złamanie karku. Tym bardziej, że jeździ na takim motocyklu od trzech lat. Przy okazji zapytał mnie o mój staż. „W tym roku zacząłem. W lutym pierwszy raz wsiadłem na taki motocykl” odparłem. „To co ty tutaj robisz na tych zawodach? Rzucił do mnie wyrażając swoje zdziwienie. „A jadę k—- tak samo jak i ty, dla zabawy.” pomyślałem. Organizator uprzedził, że mamy cztery próby, żeby na początku nie przesadzać i że jest miejscami trudno i niebezpiecznie. Fajnie, że mówią takie rzeczy. Będę uważał, żeby sobie karku nie skręcić. Zaraz po starcie przeskakiwało się przez ułożone jeden na drugim podkłady kolejowe. Później prawy winkiel i mnóstwo kurzu. Zastanawiał mnie fakt, że nikt specjalnie nie wyrywa do przodu. Tempo jest dla mnie ok. „Może to ja jestem silny, a oni słabi?” – tak, miałem nawet takie myśli. Jedziemy w grupie między drzewami. Później zjazd i ktoś już ma problemy. „Może nie będę najgorszy?” – biorąc pod uwagę moje umiejętności, błędy innych zawodników są dla mnie w jakimś stopniu motywujące, bo ja jadę, a on ma już problemy. Tak wiem, to jest motorsport, ale tak to działa u mnie. Po zjeździe mamy do pokonania kawałek utwardzonej nawierzchni, kawałek po ceglanym gruzie, by dojechać do podjazdu. Tam również już ktoś miał problemy. Zapiąłem dwójkę i nawet mi szło, ale za największą stromizną nie opanowałem sprzęgła i zdusiłem silnik. Dość szybko odpalił i poleciałem przed siebie w kierunku ścieżki między górkami drobnego kruszywa i chyba żwiru. Później jechaliśmy dziurawą ścieżką prowadzącą pod górę, gdzie czekał na nas stromy podjazd. Jeden z niewielu podjazdów o twardej nawierzchni i niewielką ilością luźnego materiału na zboczu. Jeszcze dalej gnaliśmy między drzewami w kierunku sporego zjazdu, gdzie trzeba było zmieniać kierunek jazdy. Nie jeździłem po czymś takim, ale jakoś się udało.

Następnie do pokonania mieliśmy mały, błotnisty podjazd, a za nim trasa prowadziła już do lasu. Las jak las – kto jeździ ten wie. Sporo zmian kierunku jazdy, slalom między drzewami, muldy, pagórki, których podjazdami bym nie nazwał. Jak były pagórki, to i niewielkie zjazdy, korzenie, jakieś pnie drzew do przejechania czy nieduże trawersy. Dla mnie był to dość łatwy odcinek trasy, bo w lasach głównie trenuję. Jechało mi się przyjemnie. Mógł bym mieć dużo większą prędkość, gdyby nie twardo zestrojony przód, bo kierownica po prostu biła mnie po rękach.

Po jakimś czasie dojeżdżało się do niewielkiego wzniesienia, gdzie trzeba było przejechać po śliskich kamieniach. Ta trasa została oznaczona przez organizatora „Chicken line” czyli łatwiejsza. Parę metrów wcześniej była trasa „Hard” – krótsza, ale ze stromym, aczkolwiek krótkim podjazdem. Wybrałem ten łagodniejszy. Przejechałem przez jakiś zbutwiały pień, skręciłem w lewo i miałem do pokonania przeszkodę. Dwóch zawodników szarpało się z motocyklami, bo wyglądało na to, że maszyny sczepiły się ze sobą. Za mną jechało też kilku innych zawodników. Bez pomyślunku ruszyłem przed siebie nie dając czasu tym co przede mną, aby usunęli mi się z łatwiejszej dla mnie drogi przejazdu. I tak było bardzo wąsko. W połowie podjazdu położyłem motocykl zostając trzecim zawalidrogą. Zrobiłem to w taki sposób, że kierownica z lewej strony wbiła się w ziemię i kamienie. Masakra! Ci co wcześniej blokowali przejazd wyczołgali się na górę. Chwilę szarpałem się z motocyklem, aby go podnieść. Nie chciał odpalić. Kiedy uruchomiłem silnik postanowiłem sprowadzić go na dół i rozpędzając się spróbować wyjechać na górę. Moje FOXy ślizgały się na kamieniach, przez co miałem problemy z zaparciem się i utrzymanie równowagi. Znowu położyłem motocykl tym razem całkowicie w poprzek trasy. Czułem na sobie wkurwione spojrzenia tych, co czekali na dole. W końcu udało mi się podnieść i przesunąć motocykl tak aby umożliwić przejazd oczekującym. Gogle zaparowały, pot ściekał mi po twarzy, ręce drżały od szarpania się z żelastwem. „Masakra stary” rzucił do mnie chłopak jadący chyba na YZ250. Dało się odczuć poirytowanie w jego głosie. Kiedy wszyscy przejechali stoczyłem się na dół. Jeszcze chwilę odczekałem, aby złapać oddech i ruszyłem tą linią przejazdu, która dla mnie była najłatwiejsza. Wyjechałem bez większych problemów.

Znowu las ze swoimi atrakcjami. Jechaliśmy głównie po ziemi, gdzie przebijały się korzenie i sporadycznie kamienie. Później kamieni było więcej. Była górka w kształcie dużego jaja pokryta śliskim kamieniem. Trzeba było wjechać i zjechać. Prosta przeszkoda, ale w pewnym momencie mocno uśliznął mi się tył i niewiele brakło, abym znowu upadł. Później wpadało się na serię kamienistych muld. Przedramiona cierpiały bardzo. Dojechałem do zawodników, którzy z odpowiednim sobie namaszczeniem wpatrywali się na dół i powoli zsuwali motocykle. Było stromo. Widziałem, że wszyscy mocno hamują na oba koła nie dopuszczając do ich zblokowania a motocykle i tak pędziły ostro w dół. Do tego było wąsko, bo dookoła drzewa, kamienie i śliskie korzenie. Chyba dam radę – pomyślałem i podobnie jak inni koledzy na granicy przyczepności kół puściłem się na dół. Zjechałem, ale motocykl sam napędzał się w dół, a ja pilnując przyczepności kół balansowałem na podnóżkach i manewrowałem kierownicą, aby nie rozmaślić się na którymś z drzew. Z powodzeniem zsunąłem się na dół. Ostry zakręt w prawo i… Teraz mam do pokonania zajebiste kamienie. Będzie ciężko, bo znowu leżą motocykle na trasie, ktoś stoi obok, ktoś czeka obmyślając linię przejazdu. Poprzednio leżałem ja więc muszę zacząć odrabiać straty – tak sobie tłumaczyłem. Zapięta dwójka, łapa na sprzęgle, rozpędziłem się i niech cię dzieje co chcę. Jak przejadę to super. Jak się położę to najwyżej odnotuję znowu stratę, ale może uda pojechać się dalej. Poszło mi super, bo przejechałem w porównaniu z innymi bardzo dobrze. Za kamieniami znowu podjazd z opcją łatwiejszą i trudniejsza. Wiadomo, którą wybrałem. Też wydało mi się wygrzebać. Później kawałek trasy przez las znowu zawierające wszystkie elementy o jakich wspominałem, czyli górki, dołki, korzenie, rzucone pnie drzew itp. Za chwilę robiło się jaśniej, by po chwili wypaść na szutrową drogę polną. Po prawej stronie, między drzewami dało się zauważyć otwarte przestrzenie. To teren kopalni i dokładnie tam prowadziła droga. Klaustrofobicznie wąska leśna trasa otworzyła się. Można było zapiąć czwarty i piąty bieg, aby schłodzić maszynę. Siebie też, bo czułem, że pod zbroją cały się rozpływam. Trochę odpoczywałem jadąc między hałdami kruszyw, czy długich płaskich prostych zakończonych tylko nawrotem. Było kilka mniejszych, kamienistych podjazdów. Były też zjazdy, ale jeśli mnie nie sprawiały większych problemów to znaczy, że były łatwe. Przeszkadzały mi tylko tuż nad ziemią pieńki ściętych cienkich drzew. Kiedy na coś takiego najeżdżałem, twardy przód nie wybierał nierówności tylko podskakiwał na pieńku, co na zjeździe powodowało, że przednie koło przez chwilę traciło kontakt z podłożem i tym samym spowalniałem się tylko tyłem. Ten odcinek był dla mnie najłatwiejszy i złapałem na nim oddech. Organizator zadbał, żebyśmy nie odpoczywali zbyt długo, bowiem znów poprowadził trasę do lasu. Znowu wąsko, trochę błota i korzeni, parę górek, ale tylko przez chwilę. Znowu wjechaliśmy na otwartą przestrzeń kopalni. Już nie było błota. Były kamienie i skały. Zjazdy, podjazdy i przejazdy między hałdami kruszyw nadających księżycowy krajobraz. Sporo muld dawało się odczuć w rękach. Mimo wszystko to część trasy, która najbardziej utkwiła mi w pamięci. Bardzo fajna i różnorodna. Można byłoby dorzucić więcej i większej średnicy pni drzew do pokonania, bo to co ułożył organizator na terenie kamieniołomu nawet dla mnie nie stanowiło najmniejszego problemu. W tej części mieliśmy w sumie dwa podjazdy. Jeden równy jak stół i dość prosty do pokonania, bo wystarczyło zapiąć dwójkę i się odpowiednio napędzić. Drugi, będący zwieńczeniem jazd po kopalni nie dość, że dość stromy i pokryty luźnym, grubym kamieniem to jeszcze w jego górnej części zakończony uskokiem. Ów uskok podbił mi tak niefortunnie tylne koło, że kiedy przód był w górze to tył pofrunął bokiem przez co zukosowało mi motocykl i prawie zaliczyłem glebę po wylądowaniu.

Ostatni fragment trasy znów prowadził nas przez las. Nie tak gęsty jak wcześniej. Trasa typowo leśna więc znowu nawroty, dołki i górki do pokonania, jakieś konary. Miejscami pojawia się piaszczysta nawierzchnia. Dla mnie dość łatwy odcinek. Po chwili następowała jasność bijąca od jasnego kamienia kopalni, bo wpadało się na linię start/ meta. Tak mniej więcej wyglądała trasa z elementami, które najbardziej utkwiły w mojej pamięci. Kwalifikacje i niedzielny wyścig główny to maglowanie wszystkich przeszkód w taki sposób, aby w jak najkrótszym czasie znaleźć się na mecie.

Czułem zmęczenie, ale nie aż takie jakie odczuwam po zakończeniu każdej z rund pucharu polski południa. W końcu jednak jechałem 23 i pół minuty. Nie myślałem o tym jak będę wyglądał po dwóch godzinach jazdy niedzielnego wyścigu. Co chwila ktoś zjeżdżał z trasy za mną więc wiedziałem, że nie byłem ostatni. Mało tego, ciśnienie jakoś zeszło. Wróciłem na parking, gdzie czekała już siostra z napitkami. Ściągnąłem przepocone ciuchy, aby się nieco przewietrzyły. Cały czas się nawadniałem. Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami. Wiedziałem, że zacznie padać. To samo potwierdzały prognozy. Zjadłem banana i kilka batonów energetycznych i czekałem sobie w spokoju na drugie okrążenie. Wiedziałem już co mnie czeka. Trasa nie była porażająco ciężka. Fujak jednak miał rację. Dałem sobie radę.

Drugi przejazd. Ci sami zawodnicy co wcześniej ustawieni w jednej linii. Na oko ponad dwudziestu chłopa. Tym razem ruszyłem z większym spokojem. Cały czas, z odpowiednim wyprzedzeniem odtwarzałem sobie trasę i miejsca szczególne, gdzie łatwo można popełnić błąd. Dużo zapamiętałem, dlatego też jechało mi się swobodniej. Nie byłem tak usztywniony na motocyklu. Miałem wrażenie, że jadę dużo wyższym tempem niż na pierwszym okrążeniu. Na pewno tempo pozostałych było też wyższe – widać wszyscy brali sobie słowa organizatora, aby na pierwszym okrążeniu zachować zdrowy rozsądek i umiar w gonitwie. Ja cieszyłem się z tego, że nie popełniałem błędów. Jechałem pewnie i cały czas do przodu i mijając tych, którzy przed chwilą mnie wyprzedzili, a teraz wyciągają motor z krzaków czy podnoszą się po glebie. Dodawało mi to skrzydeł. Cały czas sobie powtarzałem, że jest dobrze i bylebym tylko „jechał swoje” to będzie ok. Będąc w lesie kilka kropel deszczu rozbiło się o szybkę gogli. Myślałem, że to rosa z liści, ale kropli przybywało. Zaczynało padać. Na szczęście nie odbijało się to na przyczepności kół. Jechałem gdzieś w środku grupy. W lesie nikt mnie nie próbował wyprzedzać. Nie wiem czy dlatego, że wąsko czy moje tempo było w miarę dobre. Wspominałem o spokoju jednak podświadomie wiedziałem, że zbliżam się do miejsca, gdzie wcześniej zablokowałem przejazd innym. Jadąc w środku grupy również i teraz mógłbym to niechcąco zrobić, hamując tych co z tyłu. Bardzo nie chciałem usłyszeć znowu „masakra stary”. Wąska ścieżka między drzewami była sygnałem, że to niedaleko. Przez chwilę pomyślałem, czy nie zaatakować trudniejszej trasy, bo a nuż dla mnie okaże się łatwiejsza? Nie podjąłem ryzyka. Ktoś z przodu jednak wybrał opcję trudniejszą. Ja dojechałem do mojej ścieżki i zatrzymałem się, żeby puścić tych co z tyłu. Stoję dobrą minutę, aby wszyscy się wygrzebali na górę. Nie chcę tak jak wcześniej pchać się między leżące motocykle czy czyjeś nogi. Kiedy byłem sam na spokojnie wytyczyłem sobie trasę, zapiąłem dwójkę, wstałem na podnóżki i miękko na nogach przejechałem przez kamienie i w ogóle na samą górę. Bez najmniejszego problemu i wysiłku. Szkoda, bo teraz cała reszta już daleko z przodu. Pozostało mi ich gonić. Całą trasę przez las cisnę na ile potrafię. Niesamowite, ale nie miałem większych problemów na zjeździe i głazach zaraz za nim. Byłem zadowolony. Kiedy wyjechałem z lasu na otwartą przestrzeń wiedziałem, że nie będzie fajnie. Już delikatnie padało. Na długich dojazdówkach czy ścieżkach między hałdami kruszyw było ok. Na kamienistym podjeździe, przed ponownym wjazdem w las już nie było tak fajnie. Ślizgałem się. Twardy przód wślizgiwał się, gdzie chciał, tył też miał swoje życie i też robił co chciał. Trasa wiodąca obrzeżami lasu była już mokra. Miejscami było błoto. Tempo spadło. Zacząłem dostrzegać tych co przede mną, ale nie miałem zamiaru doganiać ich za wszelką cenę. Zanim wyjechałem na teren kopalni zjeżdżało się z górki zapewne niedawno wykarczowaną ścieżką. Na wystających, obślizgłych pieńkach „uciekło” mi przednie koło. Zacząłem niekontrolowany uślizg w dół lecąc trochę bokiem. Rozpaczliwie balansując ciałem i zamiatając nogami udało mi się wybronić, ale było to ostrzeżenie, że jest ślisko. Wiedziałem, że nie poprawię wyniku z pierwszego okrążenia, dlatego resztę trasy przejechałem w miarę spokojnie skupiając się na dogłębniejszym jej zapamiętaniu przed jutrzejszym wyścigiem. Padało. Ostatnią leśną część tuż przed metą jechałem spokojnie. Przetoczyłem się obok miejsca, gdzie zliczane są czasy okrążeni i pojechałem w kierunku parkingu. Padało. Wiedziałem już, że dziś nie będę startował- ryzykować kontuzję czy uszkodzenie motocykla na śliskiej trasie, żeby startować rząd czy dwa wcześniej jest bez sensu.

Złapałem oddech, przebrałem się i ruszyliśmy z siostrą w drogę powrotną do domu. Motocykl zostawiłem na miejscu pod opieką Teamu Rapacz z Osielca. Wieczorem sprawdziłem wyniki na motoresults.pl – Po kwalifikacjach byłem setny na 119 zawodników. Dla mnie bardzo satysfakcjonująca pozycja.

W niedzielę pojechałem już mocniejszą ekipą. Tomek, ten który był ze mną w Bytomiu i Marcin „Młody”. Ja prowadzę. Młody już tradycyjnie próbuje odnaleźć właściwą porę dnia czy nocy – zaczyna od browarów. Jego namową ulega Tomek. Po drodze jeszcze jakaś flaszka – kiedy wypili, co mieli do wypicia, ja dowiozłem nas do Płazy. W stosunku do dnia wczorajszego parking opustoszał. Duża część zawodników wróciła na noc do domów. Ci co zostali dopiero dochodzili do siebie. Po ich twarzach dało się zauważyć, że noc była udana. Na parking wjeżdżały kolejne samochody ciągnące przyczepki z motocyklami.

My natomiast udaliśmy do chłopaków z Rapacz Team. Kiedy odbierałem motocykl, Michał Fujak stwierdził, że mam ekstremalnie twardy przód. Odparłem, że motor był w serwisie i ten AER48, który mam jest już zrobiony najbardziej miękko jak się da. Mimo to Michał poprosił o jakieś klucze i śrubokręt. Zaczął kręcić śrubkami przy zawieszeniu. Po chwili odparł, że „tak na szybko i w tych warunkach to wszystko co może zrobić”. Nie wiem, jak to zrobił, ale widelec zrobił się wyraźnie miększy. Dla niego był nadal bardzo twardy, ale ja wiedziałem, że będę miał lżej…

Zbliżał się czas mojego startu. Przestałem interesować się tym, co robili moi towarzysze wyprawy. A bawili się całkiem dobrze. Kidy zakładałem na siebie cały ten motocyklowy rynsztunek oni lecieli ostro browarami. Nie zdążyłem się rozgrzać. Zbyt późno zacząłem się ubierać, a organizator już wzywał zawodników do ustawienia się na linii startu. Znowu oczekiwanie. Pot ściekał mi po plecach i zalewał twarz. Bardzo chciałem już ruszyć, bo raz, że pęd powietrza trochę mnie schłodzi, a dwa im dłużej stoję tym bardziej jestem pospinany. Ustawiając się na linii startu połowy rzeczy z tego momentu nie pamiętam. To samo mam przed startami w CC. Mało tego, okazuje się, że chyba padła karta pamięci w GoPro. Młody próbuje coś z tym zrobić, ale bezskutecznie. Będę jechał bez kamery.

W końcu nas puścili. Po starcie mojej linii wyrwałem do przodu i zrobiłem to na tyle skutecznie, że na pierwszym winklu zameldowałem się chyba jako drugi albo trzeci. Kilkaset metrów dalej oddałem kolejne dwie pozycje. Tempo oczywiście było znacznie wyższe, niż to co prezentowali wszyscy w kwalifikacjach. Kilku zawodników wyprzedziło mnie po pierwszym podjeździe, gdzie „zagrzebałem” się nieco na jego szczycie. Dalej, zwłaszcza w leśnej części wyścigu na pewno jechałem w czołówce grupy, w której startowałem. Pamiętam, że mijaliśmy kilku zawodników, którzy gdzieś na trasie popełnili błąd, ale nie wiem, czy byli to ci najbardziej narwani z mojego rzędu czy ci startujący jeszcze wcześniej. Jak na moje możliwości jechaliśmy szybko, ale zostawiłem sobie margines bezpieczeństwa. Nie chciałem cisnąć za wszelką cenę, wiedząc, że mamy przed sobą 2h walki z terenem i wszystko się jeszcze może zdarzyć. Ryzykowanie w tym momencie byłoby głupotą. Mało tego, wiedziony już doświadczeniem z CC zdawałem sobie sprawę, że tempo pod koniec wyścigu u wszystkich znacznie spadnie. Starałem się więc gospodarować siłami, aby starczyło mi ich na dwie godziny jazdy.

Fujak bardzo mi pomógł, bo w lesie jechało mi się dobrze. Przedni widelec lepiej wybierał nierówności przez co jechało mi się przyjemniej. Mało tego zabieg zmiękczania widelca w moim odczuciu nie wpłyną negatywnie na trakcję przedniego koła. Miałem wrażenie, że jadę dużo szybciej niż w kwalifikacjach.

Kiedy dojechaliśmy do podjazdu, gdzie w kwalifikacjach stałem się zawalidrogą ktoś znowu miał problemy. Wolałem odczekać aż sobie poradzi przez co straciłem kolejne pozycje na rzecz tych co byli z tyłu. Kiedy zrobiło się luźniej, bez problemu podjechałem na górę. Później już do końca okrążenia jechałem swoim tempem nie spotykając większych problemów. Początek drugiego okrążenia był obiecujący. Całkowicie przestałem się denerwować. Byłem całkowicie skupiony na trasie. Zmęczenia nie było. Gdzieś w połowie „leśnej” trasy zaczęły puchnąć mi przedramiona. Miałem problemy z operowaniem sprzęgłem, szczególnie na podjazdach. Bardzo się ślizgałem nie mogąc znaleźć trakcji. Kilka razy po wyjechaniu pod jakąś górkę zatrzymywałem się na sekundę, aby rozluźnić ręce. Płyn w chłodnicy zaczynał się gotować. Na wolniejszych partiach para unosiła się do góry skraplając mi się na goglach – jak bym nie miał innych problemów na głowie. Przez wyrywającą się kierownicę z rąk i trudności z operowaniem sprzęgłem miałem też problemy przy przejeżdżaniu przez duże głazy i na podjeździe zaraz za nimi. Ktoś z ludzi organizatora krzyknął, że chyba uszkodziłem chłodnicę. Zatrzymałem się i zacząłem oglądać motocykl szukając nieszczelności. Widziałem ślady zaschniętego płynu na silniku, ale ani śladu wycieku. Odczekałem chwilę i ostrożnie otworzyłem korek chłodnicy. Para buchnęła w powietrze. Nic nie widziałem. Trochę płynu wylało się na ziemię. Kiedy dało się zajrzeć do wnętrza chłodnicy, jej żeberka nie były wcale przykryte płynem. Przechyliłem motocykl na bok przez co dało się zauważyć niewielką ilość płynu. W pierwszej chwili pomyślałem, że to koniec jazdy dla mnie, ale wpadłem na pomysł zalania układu chłodzenia Oshhe z camelbaku. Tak też uczyniłem. Po wyjechaniu na teren kopalni, gdzie było więcej prostych i nie trzeba było często dotykać klamki sprzęgła zacząłem cisnąć do przodu jak tylko potrafię najszybciej, aby odrobić moje straty w lesie i przy okazji schłodzić motocykl. Problemy z chłodzeniem kosztowały mnie ok. 3- 4min. straty. Mijałem już odpoczywających zawodników. To dodawało mi sił i wiary, że „jakoś dojadę do końca”. W sumie, kilka dłuższych prostych i łatwiejsza część trasy pozwoliła mi na tyle odciążyć przedramiona, że drugą leśną część udało mi się przejechać bez większych problemów. Wpadłem na linię startu/ mety, gdzie czekała na mnie moja wesoła ekipa (dosłownie). Szybkie tankowanie motocykla, łyk wody i puszka Tigera dla mnie. Od razu przywróciły mi siły. Chciałem jeszcze chwilę odsapnąć, ale usłyszałem motywujące „No jedź ch…u, bo masz ogromną szansę być wysoko. Wielu się wycofuje mają problemy techniczne albo opadli z sił”. Pojechałem dalej.

Początek trzeciego okrążenia był dla mnie znowu znośny. Leciało mi się fajnie. Przed drugim podjazdem dostrzegłem „Brodę” z dziewczyną, krzyczących, aby trzymać gaz. Trzymałem. Chwilowy pit stop dodał mi energii. Oczywiście nie miałem tyle sił co na początku, ale jechałem wyraźnie szybciej niż na poprzednim kółku w tym miejscu. Problemy zaczęły się w lesie. Znowu drętwiejące przedramiona i palce dały o sobie znać. Najbardziej dokuczał mi brak możliwości płynnego operowania sprzęgłem. A używam go sporo. Po każdej większej górce zatrzymywałem się, aby rozluźnić ręce, co pozwalało mi jako takie „podpieranie” się lewą klamką w trudniejszych partiach trasy. Nie było najgorzej, bo mijałem nawet zawodników robiących dłuższe przerwy, stojących gdzieś z boku bez kasku na głowie. Ja cały czas parłem do przodu. Ale do czasu. Dojechałem do zjazdu poprzedzającego odcinek z dużymi głazami. Generalnie zjazd był spory, ale ja nie miałem z nim problemu. Tylko, że z dwóch ścieżek do niego prowadzących wybierałem tę z prawej i później spuszczałem się w dół balansując na granicy przyczepności. Cały czas manewrowałem motocyklem, żeby tylko nie rozmaślić się o jakieś drzewo. Tym razem na „mojej trasie” stało w kolejce już kilku zawodników. Człowiek organizatora wskazał mi miejsce z lewej strony oczekujących chłopaków. Nie było mi to na rękę, ale bez marudzenia postanowiłem powalczyć i z tej strony. Wyślizgane kamienie i korzenie nie dawały należytej przyczepności. Motocykl nabierał rozpędu pomimo mocno zhamowanych kół obracających się na granicy przyczepności. Rozpaczliwie szukałem przyczepności, której nie mogłem złapać. Żeby „nie pójść na krechę” postanowiłem „złamać” motocykl i tylnym kołem „złapać się” jakiegoś drzewa. W połowie zjazdu udało mi się to zrobić jednak kiedy tylne koło doparło do pnia, motocykl mnie katapultował dzięki czemu wykonałem piękny „high- side” gdzieś w jeżyny. KTM zaczął się zsuwać w moim kierunku. Rozstawieni na zjeździe ludzie organizatora szybko zareagowali chwytając maszynę i dość sprawnie postawili ją na koła. Ja na „czworaka” próbowałem wygrzebać się pod wzniesienie. Ktoś podał mi rękę i pomógł wygrzebać się w kierunku motocykla. „Klamki masz całe. Ty chyba też ok. Podoba się impreza?!” – wykrzyczał ten, co mi trzymał motor. „Zajebista!” – odparłem przerzucając nogę nad siodłem. Klepnął mnie w plecy i bez uruchamiania silnika stoczyłem się na dół. Takie gleby kosztują sporo wysiłku. U podnóża zjazdu siedziałem na motorze i łapałem oddech. Kolejna dwie, trzy minuty w plecy. Ruszyłem w kierunku kamieni, które o dziwo po raz kolejny pokonałem bez większych problemów. Później podjazd, teren kopalni ze swoimi wszystkimi hałdami, muldami i innymi zakamarkami też śmignął mi bez większego problemu. Czułem narastające zmęczenie. Dość szybko uchodziły ze mnie siły. Proste odcinki trasy pokonywałem już częściej na siedząco. „Trzeba zapierdalać” już nie działało. Do bolących rąk powoli zaczynały dołączać nogi. Podjazdy w tej części trasy również nie stanowiły dla mnie problemu. Bardzo gładko wyjeżdżało mi się pod wzniesienia do pewnego momentu… Ostatni, duży podjazd przed ponownym wjazdem do lasu miał w górnej części uskok. Na poprzednich okrążeniach widziałem, że niektórzy mieli problemy w tamtym miejscu. Ja nie. Więc i teraz zapiąłem „dwójkę” odwinąłem gaz i sprzęgłem kontrolowałem sobie przyczepność tylnego koła na luźnej, uciekającej spod koła nawierzchni. Dość mocno napędziłem się, bowiem uskok „przefrunąłem” i tylnym kołem uderzyłem w krawędź podjazdu. Koło złapawszy przyczepność postanowiło przerzucić motocykl i mnie na nim na plecy. W porę zeskoczyłem z niego, rzucając nim na samą górę. Ja również nie zsunąłem się na dół. Motocykl upadł na prawą stronę. W pierwszej kolejności po podniesieniu go sprawdziłem czy kapa sprzęgła jest cała i czy nie wycieka olej. Było ok, więc oznaczało to, że jadę dalej. Pojechałem. Na tej przygodzie ubyły mi kolejne porcje energii. Ostatni, leśny odcinek trasy przetoczyłem się raczej spokojnie, próbując wykrzesać jeszcze pokłady sił na kolejne okrążenie.

Czwarte kółko zapowiadało się już raczej na walkę ze swoimi słabościami aniżeli z terenem. I tak też było. Przejazd po rozsypanych cegłach i gruzach niestanowiących wcześniej żadnego problemu, tak w tym okrążeniu miałem sytuację, która omal nie doprowadziła do gleby. Zbyt mała prędkość i jazda na siedząco zaburzyły równowagę. W ostatniej chwili podparłem się prawą nogą. Niewiele dalej zgwałciłem podjazd ledwie wyjeżdżając pod niego. Między tym podjazdem, a następnym zrozumiałem, że teraz chodzi tylko o dojechanie do mety – bez kontuzji i uszkodzenia motocykla. Znaczy się uważnie. Przed startem, na poprzeczce kierownicy założyłem sobie zegarek, aby wiedzieć, kiedy upłyną dwie godziny jazdy. Wychodziło mi na to, że jeśli podkręcę tempo zdołam załapać się na kolejne kółko. Nie chciałem już o to walczyć. Zimna kalkulacja zwyciężyła.

Po przejechaniu każdej większej przeszkody zatrzymywałem się na chwilę, aby rozluźnić ręce i złapać oddech. Na tym kółku było już wielu, którzy robili podobnie. Deprymujące było, że kiedy próbowałem wykrzesać ostatki sił na dalszą jazdę, mijały mnie takie „dziki”, po których w ogóle nie było widać zmęczenia. Cisnęli do przodu jak by dopiero co wystartowali. Po przejechaniu zjazdu, na którym we wcześniejszym okrążeniu miałem problemy zatrzymałem się przed głazami, aby złapać oddech. Odpoczywał tam też gość chyba na Hondzie CRF 250. Skinąłem mu, aby on jechał przodem. Podziękował i zaproponował abym to ja ruszył pierwszy. Chciałem jeszcze chwile postać, ale jednak pojechałem. Kamienie, podjazd i zatrzymuję się znowu na górze na odpoczynek. Mija mnie kolega na Hondzie. Jakiś kilometr dalej mijam tego kolegę na wylocie z lasu – odpoczywał. Ja pocisnąłem dalej. Jechało się ciężko. Odcinek niewielkich muld, gdzie trzeba było cały czas pracować na nogach dał mi w kość- odpoczywam. Wyprzedził mnie kolega od Hondy. Minuta odpoczynku i cisnę dalej. Dokuczają mi skurcze rąk, ale najbardziej blokuje mi się mięsień czworogłowy prawej nogi. Mimo wszystko jadę dalej. Przed pniami drzew ułożonymi na trasie kamieniołomu, doganiam i wyprzedzam kolegę od Hondy. Kiedy dojechałem do podjazdu, gdzie okrążenie wcześniej w tym miejscu rzucałem motorem postanawiam chwilę odpocząć. Dojeżdża mój kolega. Stoimy i patrzymy jak pojawiające się co chwila „dziki” atakują tę przeszkodę. Zaczynamy się wymieniać uprzejmościami, kto pierwszy ma wyjeżdżać. Żaden nie chce. Ja potrzebuję jeszcze chwili, bo czuję, że mogę nie utrzymać sprzęgła w razie problemów. Lewe przedramię wraz z palcami ręki mam dziwnie usztywnione. Ruszył mój kolega. Chwilę później pojechałem i ja. Podjazd i końcową część trasy przejechałem spokojnie, aby nie dać „złapać” się na następne kółko, bo 2h jazdy właśnie mijało.

Na ostatnich metrach zmęczenie przestało mi tak dokuczać, bo już wiedziałem, że uda mi się ukończyć zawody. Szczęście przesłaniało bolące ręce, skurcze i totalne wypompowanie. Jeszcze tylko zjazd po luźnych kamieniach, „eska” pomiędzy hałdami luźnego kruszywa, przejazd przez podkłady kolejowe i… jestem na mecie! Koniec! Zrobiłem to!

Podjechałem pod mój wesoły team, który już na mnie czekał. Obok stał Master. „Jak oni go tu ku…a wprowadzili?!” pomyślałem. Ważne, że była woda. Dużo wody. Połknąłem również jakiś magnez. Kilka minut odpoczynku i zacząłem interesować się wynikami. Kiedy podszedłem do monitora z wynikami okazało się, że jestem sklasyfikowany na 77 miejscu. Z trasy zjeżdżali kolejni zawodnicy, a ja czekałem, czy nie będzie ktoś szybszy i nie zepchnie mnie na niższe miejsce. Koniec końców utrzymałem pozycję.

Jako totalny amator dałem radę. Chyba nie taki diabeł straszny jak go malują. W lutym br. wsiadłem na motocykl crossowy. W czerwcu jechałem zawody. Do kwalifikacji przystąpiło 119 zawodników, a mnie tę część udało się ukończyć na setnej pozycji. W niedzielnym wyścigu udało mi się przebić jeszcze wyżej, bo na 77 miejsce. Przed imprezą taki wynik brałbym w ciemno i to z lekkim niedowierzaniem. Ciekawi mnie tylko kim był i jakie miejsce zajął gość od Husqvarny, który mnie wykpił na starcie…

To były jedne z najlepszych zawodów w jakich uczestniczyłem. Za rok będę chciał pojechać tam znowu. Ciekawa, naprawdę urozmaicona trasa, gdzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Bardzo dobre oznakowanie, czytelne i jasne zasady, dobre nagłośnienie imprezy – to wszystko zasługuje na słowa uznania. To wynik świetnej organizacji. Jak się przekonałem na trasie potrzeba do tego ludzi oddanych tej pasji.

Fotografia: OSTRY Enduro Team

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *