Niespełna dwa tygodnie temu ukończyłem swoje pierwsze zawody typu hard enduro – KCH Enduro Dynamit. Sam jestem zaskoczony wynikiem. Normalnie powiedziałbym o sobie, że jestem zawodnikiem pełną gębą ale staram się nie dopuszczać do siebie takich myśli. Przede wszystkim, zbyt duża pewność siebie może zamienić się w poważną kontuzję, a to jedna z szeregu nieprzyjemnych niespodzianek, których chciałbym uniknąć w swoim ściganiu. Mimo wszystko KCH Dynamit był świetnym treningiem i sprawdzianem moich umiejętności. Zaraz po zawodach zawiozłem motocykl na serwis, celem wymiany płynu w układzie chłodzenia i przy okazji sprawdzenia, czy po „Dynamicie” w maszynie nic się nie uszkodziło. Na szczęście trzeba było tylko wymienić płyn chłodzący, który w trakcie zawodów przemieszałem z napojem izotonicznym. Znam Pińczów i jego okolicę. Spodziewam się trasy wytyczonej pośród lasów i pól uprawnych. Nie przewiduję dużych podjazdów, jednak pagórkowaty teren na pewno urozmaici jazdę. Ale bez extremy. Powinniśmy jechać raczej po piasku. Gdzieś w okolicy wyrobisk na pewno będą kamienie czy skały. Po kamienistym terenie kopalni jeździłem dwa tygodnie temu na zawodach, więc teraz skupiłem się na ganianiu po okolicznych lasach.

Motocykl z serwisu odebrałem w piątek. Planowałem jeździć cały weekend, ale z nic z tego nie wyszło. Czas miałem tylko w niedzielę 18 czerwca i udało mi się odbyć blisko dwugodzinny trening. Starałem się przećwiczyć każdy rodzaj terenu, jaki może wystąpić na zawodach. Początek treningu to dojazd, niekoniecznie najkrótszą drogą, do okolicznego lasu. Długie proste, szybkie łuki, miejscami sporo nierówności, gdzie zawieszenie musiało mocno zapracować. Pamiętam początki moich jazd, jeszcze zimą, bardzo obawiałem się uślizgów tylnego koła. Teraz mocno wykręcony czwarty bieg na wyjściu z zakrętu połączony z uciekającym do zewnątrz tyłem sprawia, że uśmiecham się pod białym Airoh’em.

Mam to szczęście, że miejsce mojego zamieszkania okalają lasy. Są to tereny o różnorodnej rzeźbie terenu, bogate w naturalne przeszkody takie jak całkiem strome wzniesienia, powalone drzewa czy bagna. Oczywiście na treningu starałem się dotknąć kołami tego wszystkiego. Urozmaicony teren sprawia, że rzadko jeżdżę tymi samymi ścieżkami. Wjeżdżam z jeden strony lasu, a wyjeżdżam z drugiej. Uwielbiam przejeżdżać czy przeskakiwać przez powalone pnie. Przypuszczam, że jest to efekt obejrzanych w nadmiarze filmów z Adamem Riemannem w roli głównej. Jeżdżąc samotnie i wiedząc, w jakim stanie mam lewe kolano unikam zbutwiałych i śliskich powalonych drzew. Zdarzało mi się bowiem, że tylne koło lubiło uślizgnąć się na bok, dość mocno skosując motocykl przy lądowaniu. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo upadku przy takiej jeździe, a gleby na lewą stronę obawiam się najbardziej. Przy lichym zasięgu telefonii komórkowej z pomocą mogłyby mi pośpieszyć jedynie miejscowe dziki… Bardzo długo bawiłem się na terenie wykarczowanego lasu. Ścięte pnie też stanowią fajną bazę do nauki pokonywania przeszkód z uniesionym przednim kołem. Kompresja zawieszenia, strzał ze sprzęgła i odrobina gazu, żeby przód powędrował odpowiednio wysoko w powietrze. Do tego odpowiedni balans na podnóżkach i czujesz, jak tylne koło uderza w pień. Później dodajesz jeszcze więcej gazu. Przez chwilę jesteś w powietrzu, by za moment wylądować na tylnym, lub obu kołach. Poezja. Szkoda, że jeżdżę sam i nie mam nikogo, kto mógłby to filmować. W zwolnionym tempie z pewnością wygląda to bosko.

Znalazłem też ciekawy zabagniony wąwóz wiodący pod górę. Oprócz błota na jego dnie znajdowały się kamienie, kawałki drzew i głębokie zastoiska wody. Trzeba było cały czas stojąc na podnóżkach balansować ciałem i umiejętnie manewrować gazem i sprzęgłem, aby utrzymać minimum trakcji.

Czasu nie miałem zbyt wiele, więc kiedy spróbowałem możliwie każdego rodzaju przeszkody, ruszyłem w trasę powrotną, znowu polnymi drogami „na zaciętym gazie”.

Motocykl umyłem i wstawiłem do garażu do wyschnięcia. W środę założyłem nowy filtr powietrza, przesmarowałem łańcuch, sprawdziłem działanie wszystkich podzespołów no i całość standardowo wyplakowałem. To byłoby na tyle kontaktu z motocyklem przed zawodami.

Poza jazdą treningową starałem się chociaż w minimalnym stopniu pracować nad swoją tężyzną fizyczną. Co drugą, trzecią noc wychodziłem pobiegać. Kiedy obrobię się ze wszystkimi obowiązkami dnia codziennego, jest już godzina 22 czy 23. Wtedy idę pobiegać na godzinkę, czasem dłużej, przy okazji rozciągając się nieco. Wracam, biorę prysznic i idę spać, bo o 4.40 czeka mnie pobudka. Tydzień temu biegałem we wtorek, czwartek i sobotę, w tym tygodniu w poniedziałek, wtorek i wczoraj; dziś też planuję. Ograniczyłem ćwiczenia siłowe, bo przez rozrost mięśni dość mocno przybierałem na masie. Odnoszę wrażenie, że przez to mój pomarańczowy osiołek ma ciężko pod moim tyłkiem. Bieganie i stretching sprawiają, że łatwiej jest mi balansować ciałem, kiedy stoję na podnóżkach motocykla. Bieganie zwiększa moją wydolność i wytrzymałość, przez co utrzymuję w miarę równe tempo podczas półtoragodzinnego wyścigu.

Reasumując, start w Pińczowie powinien być udany. W stosunku do rund poprzednich, przed tą miałem dużo więcej czasu spędzonego na motocyklu. Hard Enduro w Chrzanowie i pobliskie lasy dodały mi pewności siebie. Dość mocno pracowałem nad poprawą swojej kondycji. Nie powinienem tego robić, ale przede wszystkim zintensyfikowałem bieganie, bo pozytywnie wpływa na ważny element moich startów, kiedy w drugiej części wyścigu odczuwalne jest spore zmęczenie. Nie mogę się doczekać niedzieli, żeby sprawdzić swoje umiejętności na tle innych wariatów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *