Czwarta runda Pucharu Polski Południowej w Cross Country to prawie moja domowa runda. Do Pińczowa mam niespełna 40 km. Z Kazimierzy Wielkiej wyjechałem po godzinie 7.00. Chwilę czekałem na trasie na znajomych, którzy również jechali w zawodach. Na miejscu zameldowaliśmy się po godzinie 8.00. W biurze zawodów okazało się, że jeszcze nie ma wolnych tagów, bowiem równolegle z naszą imprezą strefową są rozgrywane zawody rangi Pucharu i Mistrzostw Polski. Mając chwilę czasu postanowiliśmy przegonić motocykle i zobaczyć jak wygląda trasa. Nie przerażała. W zasadzie nie było tam niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Było ciepło. Nawet przejazd pojedynczego motocykla wznosił tumany kurzu. Już wtedy wiedziałem, że muszę dobrze wystartować. Świadomość ukończenia KCH Dynamit dodawała mi pewności siebie. W poprzednich rundach raczej przepuszczałem tych, którzy jechali szybciej. Jako że byli to prawie wszyscy, jechałem sobie spokojnie od startu do mety wyprzedzając tych, którzy mieli przygody na trasie lub zawiódł ich sprzęt.

Po powrocie udało nam się zarejestrować. Pobrany transponder przykleiłem od razu, podobnie jak od ręki pojechałem zrobić odbiór techniczny motocykla. Kiedy miałem to za sobą, rozsiadłem się na fotelu Mastera i korzystając z dobrodziejstw klimatyzacji oczekiwałem na swój start. W tzw. międzyczasie przyjechał mój samozwańczy „menagier”, który obiecał znaleźć mi koszyk sponsorów z KTM-em i Red Bull-em na czele. Twierdzi, że cały czas jest nadzieja i rozmowy trwają, chociaż patrząc na to, jak sobie radzi w życiu, nie wiem czy w ogóle energetyk Zenka byłby w stanie zgarnąć do promocji. Chwilę później dojechała moja żona z synem i znajomymi, więc ekipę kibiców miałem zapewnioną.

Na pół godziny przed startem stałem w pełnym rynsztunku obok pracującego na wolnych obrotach motocykla. Powoli wytoczyłem się z depo w okolice linii startu, gdzie czekali już inni. Było gorąco. Z resztą odkąd startuję, tylko runda w Dębskiej Woli była w miarę chłodna. Dziś znowu pot zlewa mi się czoła. Niektórzy w lekkich i przewiewnych buzerach, a ja w pełnej zbroi. Kupiłem, bo bardziej bezpieczna. Nie przewidziałem tylko faktu, że będę się „gotował” przed każdym startem. Poza tym nieco ogranicza ruchy. Na przyszły sezon dokupię sobie buzer na takie warunki pogodowe. Tak czy siak, stoimy i czekamy. Nic się nie dzieje. Zaczynam się spinać coraz bardziej. Ktoś podchodzi, o coś pyta, ale w ogóle nie pamiętam, o czym rozmawiamy. Męczą mnie te oczekiwania na start. To chyba gorsze niż gleba na trasie i podnoszenie motocykla – tam przynajmniej za chwilę zapina się kolejne biegi w górę, odwija gaz i pęd powietrza osusza twarz i ciało. Tutaj pot po plecach spływa mi do majtek. W końcu możemy ustawić się na starcie. Chwila oczekiwania i ruszyliśmy „na zapoznawcze”.

Jedziemy po terenie prostym, jak na moje umiejętności. Trochę lasu, podłoże piaszczyste, a miejscami kamieniste. Żadnych belek, opon czy dużych kamieni rodem z Super Enduro. Zastanawia mnie dziwne dzwonienie przy silniku. Obstawiam zawory, ale miałem niedawno regulowane, więc to chyba nie to. Doszukuję się najstraszliwszych awarii. Dźwięk staje się coraz bardziej intensywny. Jadę i próbuję ustalić źródło dziwnego dźwięku. W końcu dostrzegam! Puścił spaw denka PowerBomby. To mała dziurka, więc wytrzyma do końca zawodów – pomyślałem. Na szczycie jednego ze zjazdów mieliśmy do pokonania uskok wysokości ok 70 cm. Ktoś jechał środkiem w wyrzeźbionej koleinie, ja z jego lewej strony, gdzie było chyba jeszcze wyżej. Wyrwę zauważyłem w ostatniej chwili i zamiast „strzelić” ze sprzęgła i poderwać przednie koło, postanowiłem po prostu zjechać. Przód motocykla zanurkował, miękki piasek na zjeździe „zassał” przednie koło, a tył uniósł się bardzo wysoko katapultując mnie przez kierownicę. Trochę sił straciłem na podnoszenie motocykla, ale po chwili gnałem już za resztą kolegów. Do mety dojechałem już bez przygód. Na trasie nie było nic, co mogłoby mi sprawić trudność. Obawiałem się tylko, czy słabnący przez nieszczelny wydech motocykl pozwoli mi cieszyć się ściganiem. Kiedy staliśmy na linii startu, popatrzyłem na denko PowerBomby – w 2/3 obwodu popuścił spaw. Chwyciłem odstający kawałek metalu i oderwałem go całkowicie, żeby nie zginął gdzieś w terenie.

„Jak ty, kurwa, wyglądasz!? Weź sobie twarz przetrzyj… W sumie wszyscy tak wyglądacie” – rzucił mój samozwańczy „menagier”, kiedy podszedł do mnie. Gorąco jak cholera, pot ścieka mi po twarzy, motor nie jedzie, a ten mi mówi, że mam gębę brudną. Kolega. Znowu czekamy. Chce mi się rzygać. Młody klepie po plecach i rzuca standardowo „Tylko się nie rozpierdol”.

Odliczanie: 15 sekund! 5 sekund! Gaz! Do pierwszego winkla dopadłem na trzeciej pozycji. Chwilę później spadłem na czwartą. Był to początek wyścigu, więc nie ryzykowałem nadmiernie, ale w miejscach, gdzie czułem się pewnie, gaz dokręcałem najmocniej, jak potrafiłem. Tylko motocykl wydawał się jakby słabszy. Ja starałem się „jechać swoje”. Do tego momentu jechaliśmy trochę lasem, później dość długi odcinek kamienistymi drogami i ścieżkami bez drzew, ale za to urozmaicony starym wyrobiskiem. Potem długi zjazd zboczem góry – nic trudnego, ale przy twardo zestrojonym zawieszeniu dał się odczuć w rękach. Następnie wpadaliśmy do lasu, by znów jeździć po jego obrzeżach. Trasa bardzo mi odpowiadała, bo najwięcej trenuję w takim terenie. Do zjazdu, gdzie na okrążeniu zapoznawczym miałem przygodę, wyprzedza mnie jeszcze kilku zawodników, ale nie mam pewności, czy z mojej klasy, czy też może z S2. Mimo wszystko jestem na wysokiej pozycji – oczywiście jak dla mnie. Mam też świadomość, że kurz za mną „robi robotę” i pozostałym trudniej utrzymać tempo czy wyprzedzać się nawzajem.

Wracając do zjazdu, żeby nie popełnić żadnego błędu, dość mocno przed nim wyhamowałem, dając okazję tym z tyłu do ataku. Kiedy wjechałem w dość wąskie gardło zjazdu, ktoś na YZF 250 próbował wepchnąć się równolegle z mojej prawej strony. Jego motocykl osunął się na piasku i podciął mnie z boku. Upadliśmy obaj. Chwilę zajęło nam rozczepienie złączonych ze sobą motocykli. Przed zjazdem utworzyła się grupka zawodników czekających aż umożliwimy im przejazd. Kiedy siedziałem już na motocyklu stoczyłem się na dół, żeby sprawdzić czy maszyna jest cała. W jednej chwili straciłem zapas sił i pozycję, które na koniec zawodów mogły dać mi najlepszy wynik, jaki do tej pory uzyskałem.

Teraz musiałem gonić. Straciłem nadzieję na dobry rezultat, ale wiedziałem doskonale, że przed nami jeszcze szmat czasu, a przy tej temperaturze zmęczenie będzie dopadać zawodników znacznie szybciej. Zacząłem cisnąć przez las. Było tam sporo przesuszonego, kopnego piasku. Nie mogłem się napędzić. Chciałem szybciej, a miałem wrażenie, że było odwrotnie. Za lasem lecieliśmy trochę polną drogą pośród pól. Dało się dojść do piątego biegu i chwilę odpocząć. Później znowu las, jakiś podjazd, łąka, las, jakieś skałki i w końcu trasa wypluwała nas w okolicy startu/mety. Tam do pokonania mieliśmy kilka nawrotów i hopek nieśmiało naśladujących tor motocrossowy. Kiedy zaczynałem drugie okrążenie, jechało mi się wyraźnie lżej. Nie byłem tak pospinany, co zawsze przeszkadza mi przed startem. Nie siedziała mi na tylnym kole zgraja kolegów, próbujących mnie za wszelką cenę wyprzedzić. Jechałem chyba nawet płynniej. Nie ma sensu opisywanie okrążenia po okrążeniu, niemniej na trzecim okrążeniu zacząłem słabnąć. Myślałem o zatrzymaniu się, żeby się nawodnić, ale postanowiłem jechać dalej. Kurz i suchość w gardle sprawiły, że zmieniłem zdanie. Przed końcem okrążenia zwolniłem szukając ustnika z camelbaka. Warto było. Po chwili siły wróciły i znów zacząłem jechać swoim tempem. Czwarte kółko wykręciłem w czasie podobnym do pierwszego. Jechałem dobrze, ale też zwalniałem, żeby się napić. Wyczerpałem zapasy napoju. Czas powoli zaczynał ograniczać naszą jazdę. Musiałem wytrzymać. Piąte kółko, pomimo zmęczenia, zrobiłem ponad 20 sekund szybciej niż trzecie i czwarte, kiedy to się nawadniałem. Jak by się ktoś kiedyś zastanawiał- poidełko wprowadzone bezpośrednio do kasku jest dużo wygodniejsze niż smoczek dyndający w okolicy klatki piersiowej.

To już moje kolejne zawody i odnoszę wrażenie, że najbardziej w jeździe przeszkadza mi fakt, że na początku jestem za bardzo spięty. Twardy widelec nie dokuczał mi tutaj tak bardzo jak we wcześniejszych zawodach. Trzecie, czwarte i piąte okrążenie jechałem swoim tempem, nie wkładając w jazdę tyle wysiłku, co przy pierwszym. W porównaniu do rundy w Ostrowcu Świętokrzyskim i Dębskiej Woli nie była to walka o przeżycie. Zwłaszcza w Ostrowcu dojechałem do mety na limicie wytrzymałości. W Pińczowie bez problemu zrobiłbym jeszcze jedno czy dwa okrążenia jednak zegar i flaga w czarno- białą szachownicę przerwały tę zabawę.

Do depo zjechałem totalnie odwodniony. Nie miałem siły wstać. Czekałem na ekipę, żeby ktoś otworzył samochód i podał mi coś do picia. Było ciężko, ale fajnie. Przejechałem 5 kółek trasy w czasie 1:31:11,780 zajmując 11 miejsce na 13 startujących. Mogło być lepiej, ale zabrakło szczęścia na początku. Cóż, szczęście sprzyja jednak lepszym…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *