Budzik nastawiłem na siódmą. Wstałem o szóstej. Już teraz nie było dobrze, bo cały czas myślałem o zbliżającym się starcie. W sobotę dowiedziałem się, że miejscami na trasie jest ekstremalnie ślisko. W niedzielę rano padało. Dręczył mnie niepokój co do warunków, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć podczas zawodów. Zjeść nic nie mogłem, więc wsiadłem w auto i pojechałem do biura zawodów zarejestrować się i przy okazji zobaczyć, co się dzieje na trasie. Szybka rejestracja i krótki spacer po szlaku nic mi nie dały. To co zobaczyłem niewiele różniło się od tego z soboty. No może poza bardziej nawodnionym terenem. Kwestią czasu było, kiedy znów spadnie deszcz, bo ciężkie chmury wisiały nad nami i czekały, by upuścić z siebie wody. Wróciłem do hotelu, ponownie próbowałem coś zjeść, ale średnio dawałem radę. Wpychałem w siebie na siłę spaghetti, bo z czegoś energię do jazdy musiałem mieć. Stres za to zżerał mnie od środka. Tłumaczyłem sobie, że to zawody takie same jak wcześniej, ale niewiele pomagało. Najchętniej przyjąłbym ze dwie setki „czystego składnika”, a wtedy na pewno byłoby mi lżej. Rozpadało się. Z jednej strony bardzo chciałem przejechać tę rundę, z drugiej widząc co się dzieje za oknem, nie miałbym nic przeciwko, gdyby zawody odwołano. W końcu zabrałem Mastera z motocyklem i pojechałem na miejsce zawodów wybadać sytuację. Czekanie. Przejechały quady, ale start pitów i amatorów został przesunięty. Było gorąco, duszno i parno. Oczekiwanie ciągnęło się całą wieczność. „Puścili” klasy startujące przed nami. Po zawodnikach i maszynach przejeżdżających obok depo dało się wywnioskować, że na trasie jest mnóstwo błota. Brak doświadczenia w tak ekstremalnym terenie wzmaga moją niepewność. Wypadek. Znowu czekanie. Jest późne popołudnie, a my częściowo ubrani w motocyklowe ciuchy stoimy i tępo patrzymy na lądujące Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Nie wiedzieliśmy, co się stało, ile potrwa cała akcja i czy już mamy podjeżdżać na linię startu. Wiele pytań, odpowiedzi brak. Byłem zmęczony tym wszystkim jeszcze zanim ruszyłem do zawodów. Przyjechała żona z Oskarem. Mały ucieszony, żona trochę zmęczona, jak i ja, a do tego czuję się spalony wewnętrznie przez nerwy i czekanie.

Powoli na linię startu zaczęły zjeżdżać motocykle. Założyłem zbroję i resztę „góry”. Ruszyłem za chłopakami. Zgromadziliśmy się na linii startu. Czekanie. W ogóle ten dzień był jednym wielkim czekaniem. W końcu puścili nas do zapoznawczego. Początek trasy wyglądał obiecująco. Ze startu pod górę i po trawie przejechałem bez większych przeszkód. Później w dół też, po trawie i błocie, ale już w lesie. Jechało mi się fajnie. Żadnych niespodziewanych uślizgów czy czegoś, co może mnie zaskoczyć. W lesie mieliśmy jeden błotnisty podjazd, ale nowa opona wypychała mnie do góry bez większych problemów. Znów jechaliśmy z górki leśną i błotnistą drogą, by za chwilę wypaść na otwarty teren i grzać polnymi drogami pośród łąk. Długo to nie trwało, bo musieliśmy poczekać aż GOPR-owcy zwiozą jakiegoś połamańca startującego we wcześniejszej grupie. Kiedy ruszyliśmy trasa prowadziła pod górę, również polną drogą, poprzecinaną głębokimi koleinami. Po długich prostych znowu wjeżdżaliśmy w las, gdzie było sporo błota, głębokich kałuż i kolein. Za lasem jechaliśmy kawałkiem łąki, by dotrzeć w okolicę linii startu/mety. Generalnie większość trasy wiodła polnymi drogami. Pod kołami mieliśmy trawę, grunt i błoto. Nie było żadnych elementów mogących kogoś zatrzymać, bo skoro dałem sobie radę ja, to inni na pewno też. Trochę się uspokoiłem. Zerwałem jedną z trzech zrywek, które założyłem na gogle. Żałowałem, że nie miałem ich więcej, bo błota sporo i mogą się przydać. Niektórzy wolą jeździć bez gogli, ale nie ja. Tym bardziej, że noszę soczewki i zabrudzenie oka sprzyjające łzawieniu czy pęd powietrza sprawiają, że soczewka lubi wypaść. W razie problemów na trasie w kamelbaku wożę zawsze kilka trytytek, taśmę powertape, scyzoryk i kawałek szmatki. Z tej ostatniej planowałem skorzystać, gdybym wykorzystał już zrywki, a gogle uległy znacznemu zabrudzeniu.

Do wyścigu wystartowałem dobrze, bo na trzeciej pozycji. Stopniowo straciłem ich kilka na rzecz konkurentów, ale i tak leciałem w czubie. Było ślisko, prędkości niewielkie, a do wyprzedzania nikt się nie garnął. Ktoś mnie prześcignął, ale za chwilę widziałem długie ślady hamowania i próbującego odpalić motocykl ridera. Widocznie było z ratowaniem. Dojechałem do wspomnianego podjazdu. Wspiąłem się tak, jak tyczona była trasa, jednak po „zapoznawczym” taśmy były zerwane i kilku zawodników delikatnie skróciło sobie, wyprzedzając mnie. W głębokiej koleinie miałem trochę problemów z wygrzebaniem się pod górę na wyślizganych korzeniach. Gdybym miał starą oponę, byłoby tragicznie. Próbowałem gonić tych, którzy mi odjechali. Las się kończył i zaczynały otwarte przestrzenie. Jak nigdy, starałem się cisnąć, zostawiając strach i niepewność swoich umiejętności gdzieś z tyłu. Pośród tych długich prostych mieliśmy błotne bajoro do pokonania. Na zapoznaniu pojechałem lewym skrajem kałuży, dzięki czemu nie utopiłem się w nim, jak inni. Na pierwszym okrążeniu chciałem zrobić to samo, ale stała tam jedna z osób mająca pomagać wydostać się z błota tym, którzy się zagrzebią. Poza tym, ktoś pokazał mi, żeby jechać środkiem. Posłuchałem. Wbiłem się w głęboką koleinę z wodą po sam silnik, a motocykl wyhamował do zera. Myślałem, że bez pomocy z zewnątrz się nie obejdzie. Zredukowałem bieg do jedynki i o dziwo Michał Starcross z tyłu wypchał mnie również z błotnej opresji. Znowu łąki i szybkie odcinki. Ktoś mnie wyprzedza. Próbuję gonić, ale ogranicza mnie rozsądek. I tak jechałem już na limicie swoich umiejętności. Nie chciałem zbyt mocno przekraczać tej granicy, bo raz, że to początek wyścigu, a dwa, muszę jeszcze żonę i dziecko zawieźć do domu. Pokonanie błotnistej części lasu przychodzi mi bez większych problemów. Wszyscy się ślizgaliśmy i tempo miałem porównywalne do innych, czyli tak samo zsuwałem się na błotnistej mazi w dół. Znowu łąka i okolice Osady. Przejeżdżając przez błotnisty rowek usłyszałem przeraźliwy pisk. To mój Oskar! Najlepszy z kibiców. No i żona oczywiście 😉 Pierwsze okrążenie minęło, napięcie przedstartowe również. Zerwałem zrywkę z gogli i pognałem w kierunku drugiego kółka.

A pojechałem je już swobodniej i… szybciej, z czasem o blisko pięć minut lepszym w stosunku do poprzedniego. Dla mnie to kosmos. Nie wiem jak, ale ani w lesie na błotnistych zjazdach, ani na podjeździe czy w bajorze, które „przeszedłem” podobnie sprawnie jak na zapoznawczym, nie miałem większych problemów. Miałem siły, pamiętałem trasę, którą łącznie z zapoznawczym jechałem już trzeci raz, więc zaskoczenia z nagłą przeszkodą być nie mogło, dlatego ochoczo odkręcałem gaz.

Kiedy rozpoczynałem trzecie okrążenie, zaczęła się psuć pogoda i pierwsze krople rozbijały się o szybę gogli. W lesie praktycznie nie dało się odczuć, że pada, ale po wyjechaniu na otwartą przestrzeń już tak. Nadal jechałem szybko, ale już nie opóźniałem tak mocno hamowań. Tylne koło co chwila traciło przyczepność, ale przód jeszcze nie protestował. Przed ponownym wjazdem do lasu pokonywaliśmy odcinek polnej drogi wiodący pod górę. To było niesamowite, jak się na nim ślizgałem. Miałem wrażenie, że złapałem kapcia z tyłu. Nawet byłem pewien. „Doczołgałem” się na górę, żeby sprawdzić oponę. Kapcia nie było. Dotarło do mnie po jak śliskiej nawierzchni jechałem. Ruszyłem dalej, ale zachowując szczególną ostrożność, żeby się nie owinąć wokół jakiegoś drzewa. Padający deszcz w tej części trasy, która i tak była rozmoknięta i pełna błota nie robił na mnie większej różnicy. W ogóle ta część przechodziła mi najbardziej gładko. Po prostu „zsuwałem” się z góry, czasami na obu zblokowanych kołach. Tuż przed wyjazdem z lasu leciało się polną drogą, twardą ale na tym okrążeniu była już obślizgła. Złapałem dość mocny uślizg przodu, ale udało mi się wybronić. Obok mnie przeszły dwa „dziki” z taką prędkością jak by prawa fizyki ich nie dotyczyły. Niesamowite i obrazujące, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć. Przed bazą rajdu trzeba było wjechać na kawałek asfaltu. Ubłocone koła i mokry asfalt prawie mnie powaliły przy zgromadzonej gawiedzi wyczekującej widowiska. Całe szczęście wystarczyło lewej nogi do asekuracji, dzięki czemu wykonałem efektownego spina przeciwnie do ruchu wskazówek zegara i pojechałem dalej.

Czwartą pętlę pokonałem bez większych problemów, ale w tempie znacznie niższym w stosunku do poprzednich okrążeń. Padał deszcz. Było już naprawdę ślisko i to we wszystkich partiach trasy. W lesie jechałem na granicy przyczepności po błotnistej mazi i tu nie miałem większych problemów z wyczuciem, co dzieje się na styku opony z podłożem. Przelot polną drogą między łąkami też jakoś mi szedł. Największy problem miałem ze śliską polną drogą wiodącą pod górę, tuż przed ponownym wjazdem do lasu. Głęboka koleina, miejscami nawet niewielkie nachylenie nawierzchni sprawiało, że motocykl zsuwał się, gdzie chciał. Cały czas stojąc na podnóżkach, z palcem na sprzęgle walczyłem o złapanie jakiejkolwiek trakcji i utrzymanie się na drodze. Dla mnie ważne było, byle nie wpaść do koleiny. Wygrzebanie się stamtąd byłoby dużą stratą czasu. Przed wjazdem do lasu zerwałem ostatnią zrywkę. Trochę wody więcej między drzewami nie robiło mi wyraźnej różnicy, tam było mokro od początku naszego wyścigu. Po wyjeździe z lasu, krajobraz przypominał jesień. Szaro, mokro, no i ślisko. Już na trawiastej nawierzchni łapałem uślizgi. Mijając ustawiony przez organizatora zegar obliczyłem, że powinienem przejechać jeszcze dwa okrążenia.

Piąte kółko było analogią czwartego, z tym że moje tempo było jeszcze niższe – malało wprost proporcjonalnie do warunków panujących na trasie. Za każdym razem, kiedy tylne koło łapało choć trochę więcej przyczepności cieszyłem się bardzo, że motocykl w ogóle odpycha się do przodu, gdy niektórzy stali lub mozolnie metr, po metrze skrobali się pod byle wzniesienia. Na dłuższych prostych przecierałem lewą ręką gogle, starając się pozbyć z nich błota i wody. Gdzieś w połowie okrążenia zatrzymałem się, żeby się napić, bo bardzo osłabłem. Czułem się odwodniony. Wydaje mi się, że suplementacja plus Endugen zażyty przed startem działają. Po chwili pojechałem dalej. Wygląda na to, że brakowało mi tylko płynów. W przeciwieństwie do rund poprzednich, nie dokuczały mi skurcze i potworne zmęczenie. Powoli zaczynam wierzyć w magię tych pastylek. Inna sprawa, że do tych zawodów przygotowywałem się trochę intensywniej niż to zwykle. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w okolicy wyciągu narciarskiego zostałem „wymachany” biało-czarną flagą. Koniec wyścigu. Niskie tempo i postój na trasie sprawiły, że zabrakło mi nieco ponad pięćdziesięciu sekund, aby załapać się na kolejne okrążenie.

Dla mnie były to udane zawody. Nigdy nie jeździłem w takich warunkach, więc pozycję dwunastą na dziewiętnastu startujących uważam za dobrą. Cieszę się, że zakończyłem start bez przygód i kontuzji, bo to najważniejsze. Motor też dojechał w jednym kawałku, choć wyglądał jak kawałek błotnej góry. Dowiozłem też punkty do klasyfikacji generalnej pucharu, a zdobyte doświadczenie zostaje już u mnie.

Najgorsze w tym wszystkim jest późniejsze pakowanie wszystkich gratów, mycie sprzętu i powrót. Nie miałem na to siły, a jeszcze bardziej chęci. Zostaliśmy z rodziną jeden dzień dłużej w Ustrzykach, żeby te czynności zrobić na spokojnie i bez wysiłku. I to było dobre rozwiązanie. Powrót z zawodów też był łatwiejszy niż ze wszystkich poprzednich rund, w których do tej pory startowałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *