Od mojego startu w Dąbrowie Górniczej minęły prawie dwa tygodnie. Nadmiar obowiązków zawodowych i domowych sprawiły, że nie miałem czasu przysiąść do spisania tego, co działo się podczas VI rundy Pucharu Polski Południowej w Cross Country. Pamięć mam jeszcze dobrą, więc w paru zdaniach postaram się opisać to, co najistotniejsze.

Na zawody pojechałem sam. Dotarłem na miejsce przed godziną dziewiątą. Jak zawsze po przybyciu pierwsze kroki skierowałem do biura zawodów, aby się zarejestrować. Później wypakowanie motocykla z busa i mogłem udać się na zapoznanie z trasą. W pierwszej kolejności obszedłem sobie tor motocrossowy, którego obawiałem się najbardziej. W sumie nie znalazłem tam nic, z czym mógłbym mieć problem. Jedynie hopa na linii startu/mety straszliwie „biła w górę” startujących tam zawodników. Ci, którzy atakowali ją z dużą prędkością lecieli naprawdę daleko i wysoko niczym Stoch w Planicy. Ja uznałem, że najwyżej będę nieco redukował prędkość przed najazdem na nią i dzięki temu nie zostanę wystrzelony w kosmos. Pozostała część trasy, z którą udało mi się zapoznać to piaszczysta nawierzchnia wiodąca przez las i okolice depo. Nie znalazłem tam nic, z czym nie mógłbym sobie poradzić. W opinii tych, którzy już tam startowali pozostała część niewiele różni się od tego, co zobaczyłem, więc dałem sobie spokój ze spacerami. Wróciłem po motor i już na nim poruszałem się po terenie zawodów – oczywiście tam, gdzie było to dozwolone. Spotkałem ekipę z Brzeska. Te same chłopy, z którymi jeździłem na torze Biała Góra. Było mi raźniej, lepiej zająć się komentowaniem, jak jadą inni niż myśleniem o starcie i wewnętrznym spalaniem się. Przynajmniej do startu nie umęczyłem się tak, jak w Ustrzykach Dolnych.

Po okrążeniu zapoznawczym uspokoiłem się jeszcze bardziej, chociaż miałem przygodę na torze. Radośnie zaatakowałem jedną z hop. Kiedy zobaczyłem, że tuż za nią komuś chyba zgasł motocykl, obawiając się zderzenia, ująłem gaz na wybiciu z progu. Nie dość, że lądowałem na przednim kole, całując przyklejony od przodu numer startowy, to jeszcze prawie zderzyłem się ze wspomnianym zawodnikiem. Reszta zapoznania przebiegła bez problemu. Trasa faktycznie była łatwa. Teren był zbliżony do takiego, na jakim zazwyczaj trenuję. Oprócz wspomnianego toru jechaliśmy po drogach gruntowych o piaszczystej nawierzchni. Czasami leciało się po kamieniach. Trochę lasu, korzeni i przeróżnych winkli. Mieliśmy jeden podjazd i dłuższy zjazd pośród drzew. Sporo muld i whoopsów. Wiedziałem, że widelec da mi popalić. Aha, z technicznych rzeczy przeszkadza mi też przedni hamulec. Przed zawodami wymieniłem klocki. Przednie były założone dość pasownie. Czułem, że motocykl jest nieco hamowany. Chyba dwa razy zgasł, mimo że napęd był wysprzęglony.

Start do wyścigu miałem dobry. Niczego nie zepsułem. Mimo to już na starcie zostałem wyprzedzony przez wielu zawodników. Przypuszczam, że to wina ślizgającego się sprzęgła. Chwilę później dałem się przyblokować w jednym z lewych winkli, tracąc znowu kilka pozycji. Zamiast na chłodno analizować przebieg wyścigu, poniosły mnie emocje. Skupiłem się na tym, co się dzieje przed samym motocyklem i nie dostrzegłem zamieszania na zakręcie…

Po chwili w lesie jechaliśmy praktycznie jeden za drugim, bo na wąskiej dróżce ciężko było o wyprzedzanie. Tam trochę ochłonąłem. Z każdym kilometrem czułem się luźniej i jechało mi się lepiej. Zwłaszcza na odcinkach, gdzie pod kołami miałem piasek i kamienie. Na trawiastych odcinkach też było fajnie, trochę mniej na piaszczystym odcinku toru. Niemiło natomiast wspominam whoopsy. Z tym moim twardym przodem nie mogłem znaleźć sposobu na ich pokonywanie. Przy małej prędkości cierpiały ręce, kiedy szedłem szybciej podbijało mi koła sprawiając, że czułem się niepewnie.

Na trzecim okrążeniu zaliczyłem upadek na tym wciągającym piasku na początku toru. W zasadzie, położyłem motocykl na prawą stronę, bo prędkości tam nie było. Mimo wszystko jechało mi się dobrze. Nie czułem jeszcze zmęczenia. W stosunku do rund poprzednich mocniej trzymałem gaz.

Kiedy na dobre zagotował się płyn hamulcowy przedniego hebla, a klocki trochę się dotarły nie czułem już oporów na przednim kole. Odnotowałem wtedy najlepsze czasy przejazdu – na czwartym i piątym kółku. Na szóstym przyszło już zmęczenie. Chciałem się nawodnić, ale okazało się, że zgubiłem gdzieś końcówkę wężyka wychodzącego z camelbaka. Udało mi się zaczerpnąć kilka łyków napoju, ale przez zabawę z rurką straciłem trochę czasu, notując dla odmiany najgorszy czas przejazdu. Do swojego tempa wróciłem na siódmym i ósmym okrążeniu.

Dojechałem na czternastej pozycji spośród dwudziestu sześciu zawodników, którzy stanęli na linii startu. Osobiście jestem zadowolony z wyniku. Nie było poważnych błędów i jak na swoje umiejętności trzymałem gaz. Ukończyłem kolejną rundę dowożąc punkty do „generalki”. Być może gdyby nie drobne problemy techniczne byłoby lepiej, ale to tylko gdybanie.

Foto: Joanna Obal i Moto Grafika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *