Skoro przeszło Ci przez myśl pytanie, czy w ogóle się ścigać, moja odpowiedź brzmi: oczywiście, że tak! Myślałeś o rywalizacji, a to znaczy, że tli się w Tobie dusza sportowca. To raczej normalne. Prawie każdy to ma. Chęć bycia wyżej, dalej, pojechania szybciej…
Dlaczego miałbyś jechać na zawody, a nie jak zawsze „latać” z kolegami po lesie? Przecież na zawodach można sobie krzywdę zrobić…

No właśnie. Po pierwsze bezpieczeństwo. Kiedy rok temu planowałem starty w zawodach, słyszałem wiele opinii lokalnych „ekspertów”, że to bardzo niebezpieczne i oni by się z tego powodu na zawody nie wybrali, że jednak zostaną przy swoim rozjeżdżaniu pól i lasów. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się mylili. Takie imprezy zawsze mają odpowiednie zabezpieczenie medyczne. Na miejscu zazwyczaj znajduje się karetka z obsługą. Wzdłuż trasy wyścigu rozstawieni są (lub nawet poruszają się po niej) ludzie organizatora, którzy w razie potrzeby mogą udzielić pierwszej pomocy i wezwać wsparcie. Sama trasa też jest odpowiednio zabezpieczona. Pnie, kamienie czy trudniejsze odcinki są odpowiednio oznaczone farbą lub taśmami. Tego nie uświadczysz jeżdżąc „na dziko” po lesie. Nie spotkasz też tutaj stalowych linek rozwieszonych między pniami drzew. Reasumując, elementy gdzie możesz sobie zrobić krzywdę są odpowiednio oznaczone. Jeżeli jednak już będziesz miał pecha i coś się stanie, masz zapewnioną błyskawiczną pomoc.

Miejsce, gdzie będziesz się ścigał jest odpowiednio wytyczone. Na torze motocrossowym czy Super Enduro trudno się zgubić. W innych przypadkach jedziesz w pasie ograniczonym taśmami. Tam gdzie występują naturalne ograniczenia trasy i pobłądzić byłoby ciężko (np. w wąwozie), będziesz miał namalowane jedynie strzałki lub kropki na stałych elementach, żeby wiedzieć, że jedziesz we właściwym kierunku. Będziesz poruszał się po terenie, na którym organizator wytyczył trasę i uzgodnił jej przebieg z właścicielami gruntów. Dzięki temu masz pewność, że żaden gajowy czy inny Janusz z widłami nie będzie Cię ścigał za testowanie Geomaxa na jego działce. Mało tego, na zawodach efekt będzie odwrotny i mocne kręcenie gazem spotyka się raczej z aplauzem zebranej gawiedzi aniżeli z krzywymi spojrzeniami. Aby ułatwić życie tym z mniejszym doświadczeniem i umiejętnościami, trudniejsze elementy do pokonania na trasie miewają objazdy. Są one odpowiednio oznaczone, więc raczej ciężko nieświadomie wpakować się pułapkę.

Kolejną rzeczą jest rywalizacja. Coś, od czego się nieco uzależniłem. Udowadnianie kolegom z podwórka, kto jest „miszczu” a kto nie, nie specjalnie mnie kręci. Lepiej mierzyć w górę i ścigać się z lepszymi niż gorszymi czy równymi sobie. Na zawodach znajdziesz takich i takich. Za tymi pierwszymi na pewno pogonisz. I to jest w tym fajne, kiedy takiego kozaka uda Ci się dopaść i objechać. To naprawdę świetnie smakuje. Trudno to opisać, ale wiem, że nie jestem pierwszy który „wkręcił się” w tego typu rywalizację. Jeśli masz choć odrobinę benzyny we krwi, lubisz rywalizację i dreszczyk emocji, musisz choć raz spróbować. Nie będziesz żałował. No i ta adrenalina rozsadzająca skronie, kiedy stoisz na linii startu i czekasz, aby jak najszybciej wystrzelić w kierunku pierwszego zakrętu.

Jeśli do tej pory Cię nie przekonałem, to znaczy, że masz jeszcze inne wątpliwości. Chodzi o wstyd, że możesz dojechać ostatni? Niepotrzebnie. Wybierz odpowiednią do swoich umiejętności kategorię, w której chcesz startować i na pewno sobie poradzisz. Nikt też nie będzie się z Ciebie śmiał, jeśli Ci coś nie wyjdzie. Po prostu w czasie wyścigu wszyscy się „wymiksują” i jedynie na podstawie elektronicznego pomiaru czasu wiadomo, kto przyjechał pierwszy, a kto ostatni. Jeśli spotka Cię niemiła przygoda, czytaj gleba, to kibice niejednokrotnie pomagają. Postawią motor i pomogą na niego wsiąść. Jeszcze poklepią po plecach krzycząc „Dajesz!”. Sam tego niejednokrotnie doświadczyłem.

Aha, jest jeszcze specyficzny klimat panujący na zawodach. Przeróżne maszyny, ludzie zakręceni na punkcie tego co robią, wszechobecny zapach spalin silników dwusuwowych (który uwielbiam) wymieszany z zapachem grillowanych kiełbas. Do tego dziewczyny (chłopaki też, jak kto woli) kręcące się po całym tym kolorowym, discopolowym wręcz jarmarku. Nawet dla kibica taka impreza stanowi nie lada atrakcję.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Cię do spróbowania rywalizacji. To prawie nic nie kosztuje, bo skoro masz motocykl, to i stać Cię na wpisowe na zawody. Jeśli przejedziesz i stwierdzisz, że to nie dla Ciebie, przynajmniej będziesz wiedział „z czym to się je”. Zaspokoisz ciekawość i wśród „lokalesów” będziesz „gość”, bo jesteś ten, co się ścigał. Ale gwarantuję, są marne szanse, że poprzestaniesz na jednej imprezie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *