Dawno nie podchodziłem do zawodów z takim spokojem. Mniej więcej wiedziałem, co mnie czeka, miałem świadomość swojego potencjału i tego, co daje mi nowy motocykl. Pewność siebie to za duże słowo, ale właśnie spokój był najlepszym określeniem nastroju, w jakim jechałem do Nidy.

Bezproblemowy dojazd, fajnie przygotowane miejsce parkingowe, nagłośnienie, bufet, kibelki i biuro zawodów – wiadomo, gdzie iść, aby załatwić daną potrzebę. Ja jak zawsze od razu po przyjeździe udałem się do biura dopełnić formalności w rejestracji dokonanej na www.wynikizawodów.pl. Kilka podpisów, wpisowe opłacone, pobrany tag, kwit na odbiór techniczny i wróciłem na parking, by wypakować cały sprzęt.

Teraz oczekiwanie na kolegów, których podobnie jak mnie wspiera kazimierska firma Caffaro – mam tu na myśli Łukasza Piwowarczyka i Marcina „Wesołego” Wesołowskiego. Fajnie jest przykleić się do kogoś takiego. Oni raczej urodzili się na motocyklu i mają szafki wypchane pucharami. Ja na starość też tak chcę, dlatego zaklepałem im miejsce na parkingu obok siebie, licząc że może podpatrzę coś ciekawego. Tipów, patentów i sposobów na przygotowanie motocykla w zależności od warunków panujących na trasie jest wiele. Jedni wykorzystują je w mniejszym, inni w większym stopniu. Mimo wszystko warto podglądać, rozmawiać i pytać, zwłaszcza kiedy dopiero rozpoczyna się przygodę z tym sportem. Dla przykładu, ja stosuję teflon pod mocowanie konsoli sprzęgła i hamulca przedniego. Całość dociągam lekko śrubą, ale nie za mocno. Chodzi o to, że w przypadku gleby tak łatwo nie połamię klamki, tylko całość „podda się” uderzeniu. Później tylko podnosisz motocykl, łapą ponownie nastawiasz mocowanie „pod siebie” i ciśniesz dalej. Sprawdzone rozwiązanie, jeśli nie posiadasz „klamek niełamek”.

Przyjechali. Ja do tego czasu zaliczyłem odbiór techniczny. Marcin ogarnął namiot, wiec wyglądamy całkiem „profi” – trafiłem między wrony, więc kraczę jak one, dumnie prężąc pierś. Trochę słabo będzie, jak chłopaki zajmą miejsca na pudle, a ja nie lub nie daj Bóg będę ostatni… Najwyżej zepchnę winę na organizatora, że trasa była źle oznakowana i pobłądziłem, albo że nowy niedotarty motor nie jechał jak trzeba, albo że dopadły mnie nagłe problemy żołądkowe – coś wymyślę, taki plan antykompromitacyjny.

Dobra. Jak ruszyły klasy przed nami, przyszła i pora na mnie. Luzik. Agresywna mapa włączona, dwójka zapięta, tyłek na zbiorniku, łapy w górze… Trochę w słabym miejscu stoję, bo w lewym winklu będzie ciasno – przeleciało mi przez myśl. 15 sekund… Mogłem ustawić się z drugiej strony – kminiłem dalej. 5 sekund. Ogień! Start miałem przyzwoity, ale byli szybsi. Albo oszukiwali, albo mają tepeiki w trzysecie, a ja tylko w dwa i pół. Oczywiście w lewym winklu trochę wyhamowali mnie pozostali, a ja kaskiem strącałem szyszki. Jednak potrafię przewidywać sytuacje, jakie zaistnieją na trasie, tylko szkoda, że nie potrafię z tego korzystać. Fajnie, że GoPro miałem nie na kasku, tylko na klatce. Już kilka razy w zeszłym sezonie mocno szarpnęło mi głową, kiedy gałąź dostała się pomiędzy mocowanie kamery do kasku, toteż zrezygnowałem z takiego rozwiązania. Poza tym ujęcia „z klatki” są bardziej dynamiczne. Jakoś wygrzebałem się z gałęzi i próbowałem przebijać się do przodu. W jednym z prawych zakrętów trochę zapomniało mi się użyć hamulców, przez co zaliczyłem wyjazd poza trasę, radośnie rwąc taśmy i zamieniając się na chwilę w kolorowego jarmarcznego jeźdźca. Poza tym tempo raczej spokojne, bo wąskie ścieżki w lesie średnio dają możliwość wyprzedzania. Czasami miałem ochotę to zrobić, ale staram się trzymać planu, tym bardziej, że to początek wyścigu, a mamy jechać 2,5 h – będzie na to czas.

Słowo o trasie. Jeżeli o mnie chodzi, to to co zrobił Kielecki Klub Motocyklowy „Wena” było niesamowite. W całej swojej 70-godzinnej karierze zawodnika offroadowego najlepiej wspominam swój udział w hard enduro KCH Dynamit, ale te zawody to numer dwa w rankingu najfajniejszych imprez, w których dane mi było startować. Wąskie i kręte ścieżki, obfitujące w wyślizgane korzenie drzew, pnie, podjazdy i zjazdy, różnorodna nawierzchnia… Było wszystko. Było ciekawie. Było zaje…ście. Gdzieś tam, w lesie, czułem się naprawdę jak na „Dynamicie”, a tamta impreza jest już legendą pośród wszelakich zawodów. Po Penrite w Nidzie nie słyszałem, aby ktoś narzekał na trasę. Nawet po dwuipółgodzinnym ściganiu wszyscy chwalili zawody. Piszę to nie dlatego, że jeżdżę w barwach tego klubu, bo medalu za to nie dostanę i uścisku ręki prezesa też nie, ale tym, którzy przyłożyli się do organizacji imprezy należą się słowa uznania. Oby była to motywacja do kolejnych tego typu przedsięwzięć.

No ale ja tam na trasie sobie jechałem i wróćmy do tego. Górka, dołek, zakręt w lewo, zakręt w prawo… – tu mój Oskar po chwili oglądania materiału z GoPro stwierdził, że idzie popatrzeć, jak mama kolację przygotowuje, „bo ty jedziesz powoli i wcale ich nie wyprzedzasz”. No w sumie może w kuchni co wykipi albo mama się skaleczy przy obieraniu ziemniaka i akacja gotowa. Faktycznie, na tym etapie było nudno… Wjechaliśmy na piaszczystą sekcję crossową. Kurde, nie bardzo lubię jeździć po piasku, a już na pewno nie motocyklem, którego jeszcze praktycznie nie poznałem. Bardzo niepewnie się czułem na piachach i jechałem ostrożnie. Ktoś nawet wyglebił w jednym z prawych winkli i mogłem go wyprzedzić, gdybym pojechał bardziej dynamicznie, ale po prostu chciałem to przejechać i uciec do lasu, gdzie na krętych trasach ten motor prowadzi się lepiej niż pijana ku..wa za nadzianym klientem. Do lasu nie uciekłem szybko – jeden z kolegów na Husce zahacza o moją kierownicę i glebimy obaj… Ja trochę pokiereszowałem sobie lewą rękę, on miał mniej szczęścia, bo złamał nogę. Bardzo chu..owo. Nie dość, że z kimś się zderzyłem to jeszcze ta osoba się połamała. Nie wiem dlaczego kilkakrotnie pytam go, czy jest cały, mimo że wyraźnie mówi, że ma złamaną nogę. Komentarz żony do zaistniałej sytuacji był taki: „Chłop ci mówi, że złamał nogę, a ty go jeszcze wku…asz, tym swoim pytaniem. Zaciąłeś się czy co?”. Tyle kobieta. Odpędziłem od komputera – niech tworzy akcje i dramaty w kuchni wspólnie z młodym. Przypuszczam, że bardziej mogło mi chodzić o to, czy dolega mu coś jeszcze, ale teraz nie wiem. Byłem pewny, że ktoś się nim zaopiekuje, bo w pobliżu byli kibice i postanowiłem jechać dalej. Często na trasie można spotkać ludzi organizatora i powiedzieć co i gdzie się stało, aby możliwie szybko wezwali pomoc. Niestety sam nie ogarnąłem tematu, ale jak się dowiedziałem później, chłopaka dość szybko pozbierano. Dotąd nie miałem takiej sytuacji i średnio się z tym czuję…

Przez jakiś czas jechało mi się niemrawo, nieco wybiłem się z rytmu. Stopniowo jednak zacząłem podkręcać tempo. Popełniałem drobne błędy, ale z jazdy mogłem być zadowolony. Podczas upadku straciłem trochę sił i cały misterny plan poszedł w… Goniłem zatem resztę. Pierwszy poważniejszy podjazd, który miałem do pokonania pokonał jednak mnie. Zbyt mała prędkość, 2T to nie 4T co by mnie „z dołu” wypchało i w połowie wzniesienia położyłem się. Druga próba okazała się skuteczna. Gonię jak wcześniej, tylko bardziej wkurzony, że mi nie idzie. No i że nowy motor bardziej porysowany.

Dalej już było „z górki”. Może nie dosłownie, ale jakoś parłem do przodu. Oczywiście w piaskowej crossowej sekcji zaliczam „paciaka”. Nie tracę wiele czasu, ale wkur…nie narasta. Dobrze mówią, że w piasku trzeba trzymać mocno gaz. Spoko, tylko że jestem jednym z niewielu gości o tak marnym doświadczeniu, a poza tym za kierownicą tego motoru siedziałem tylko cztery godziny plus okrążenie zapoznawcze i pierwsze kółko jechanego wyścigu. Sprawnie wróciłem na dwa koła i pojechałem dalej. Próbowałem odrobić wszystko, co straciłem do tej pory. Oczywiście kończy się to nie najlepiej, bo zahaczam lewą ręką o cienkie drzewo, dłoń spada mi z manetki, prawą ręką próbuję trzymać kierownicę, żeby nie spaść z motocykla, przez co odruchowo dodaję gazu i już nie panuję nad sytuacją, tylko zastanawiam się, jak bardzo będzie bolało. Nie było tak źle. Ręka Boska wyrwała zawodnika z nr 666 z rąk ortopedy. Motor też specjalnie nie ucierpiał. „Padłeś? Powstań!” brzmiał slogan reklamowy jednego z izotoników. Tak też zrobiłem, bo sportowcy się nie poddają! Zwłaszcza tatusie tuż przed czterdziestką z chorą ambicją na mistrza świata albo i wszechświata. Znowu gonię, ale sił mam jakby mniej. Już częściej siedzę na motocyklu zamiast na nim stać, pracować i wyprzedzać po kolei wszystkich, co to mnie powyprzedzali, kiedy ja wczesną wiosną próbowałem szukać jeżyn. Po godzinie widziałem już zjeżdżających do strefy na tankowanie, pojenie czy może poddających się, nie wiem. Dla mnie było ważne, że byłem w grze, a oni już muszą szukać pomocy w strefie. Trzecie okrążenie pojechałem w miarę czysto, jak na siebie oczywiście! Po tym okrążeniu zjechałem na szybkie tankowanie. Z pomocą przyszedł mi ojciec Łukasza Piwowarczyka, za co serdecznie dziękuję. Dziesięć sekund pojenia i ogień!

Czwarte okrążenie było, a jakże, chu..owe! Początek OK., ale w miejscu, gdzie wykarczowano las słyszałem, że za mną jedzie ktoś szybszy. Zrobiłem miejsce. To „Wesoły”. Na 100% jeździ na fecie, bo niemożliwością jest, żeby po dwóch godzinach tak cisnąć. No nic, niech jedzie. Ale za nim „ciągnął” się ktoś jeszcze. W ostatniej chwili go usłyszałem i odbiłem na prawo, nie chcąc mu psuć zabawy z tym narwańcem, co to poleciał przodem. Uderzyłem przednim kołem w pień. Wysadziło mnie bardzo, po czym upadłem blisko innego sporego pnia. Motocykl zrolowało. Widziałem jak uderza prawą stroną w jeszcze inny pień. Byłem przekonany, że to koniec wyścigu i już w głowie szukałem hasła, pod jakim będę szukał na Allegro chłodnicy do 250 TPI. Podniosłem motor i nie mogłem uwierzyć, że nic się nie leje. Zatem osłony chłodnicy zaczynają mi się zwracać. To już jest nudne, ale znowu zaczynam gonić, choć sił już naprawdę nie mam za wiele. Dziwnie łatwo wyskrobuję się na podjazdach. W ogóle nie tracę przyczepności. Przez chwilę bardzo się cieszę, że po okrążeniu zapoznawczym i dwóch godzinach wyścigu zacząłem perfekcyjnie czuć motocykl, jednak po chwili dociera do mnie, że Jaravisem nie jestem.

Na początku piątego okrążenia mam już świadomość, że z tylnej opony schodzi mi powietrze. Nie dlatego, że z fabrycznego 1 bara tuż przed startem upuściłem do 0,7. „Na oko” było dużo mniej, bo na korzeniach i kamieniach czułem, że felgą dobijam oponę. Obawiam się, że nie ukończę zawodów. Na pewno nie będę chciał zniszczyć felgi. Jak będzie bardzo źle, to albo dopcham motor do mety, albo po prostu się wycofam. Cały ciężar starałem się przenosić na kierownicę, kamieniste ścieżki jechać bokiem, gdzie opony po dwóch godzinach jazd jeszcze nie zniszczyły „miękkiego” podłoża. Mijają mnie inni zawodnicy. Ja walczyłem o dojechanie, marzyłem o mecie i ukończeniu wyścigu. I udało się, choć końcówkę jechałem praktycznie na feldze.

Finalnie melduję się na 25. miejscu spośród 48 zgłoszonych zawodników w mojej klasie. W zeszłym roku bardzo bym się cieszył z takiego wyniku, bo byłem totalnym amatorem. W tym roku już nie – profi sprzęt, profi ciuchy, znajomości i te sprawy. Po sobie i motocyklu widzę, że mamy potencjał i możemy powalczyć.

Chwila! Kiedyś gdzieś pisałem, że jestem niepoprawnym optymistą. Aby wpisy trzymały się kupy stwierdzam, że pomimo tylu przeciwności losu udało się dojechać w połowie stawki. Skoro optymistą jestem, to uznaję, że było nieźle.

I na koniec w szybkim skrócie, acz bardzo poważnie.

– „Wesoły” – pierwszy w Expert S2, Łukasz – szósty w Expert S1. Mniemam, że obaj stosują niedozwolone dopalacze.

– Świetne zwody. Dobra organizacja, a przede wszystkim trasa mega! Minus za brak darmowego piwa i nocnej części imprezy z dziewczynami na rurze.

– Motor nie jest już taki piękny, ale jeszcze nie na sprzedaż. Jakby kto reflektował, to jesienią będzie, chociaż oferty kupna można już składać.

– Ketonal przyjacielem mym. Nareszcie mogę pisać na klawiaturze, bo paluchy lewej ręki się zginają. „Deja vu” zeszłorocznego stanu po I rundzie Pucharu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *