Rok temu, kiedy kończyłem drugą edycję tych zawodów wiedziałem, że w tym roku muszę je zaliczyć ponownie. Tak też się stało. Zajebiste zawody. Nie będę pisał więcej, żeby organizatorom się w dupach nie poprzewracało od pochwał, a wiem, że czytają bloga. Zresztą to, co piszą w internetach o tej imprezie to najprawdziwsza prawda. Od ostatniego startu upłynęło trochę czasu, umiejętności przybyło, a i lepszego motocykla się dorobiłem, więc z góry zakładałem, że wynik będzie lepszy. Ale nie lubię iść na łatwiznę, więc zapisałem się do klasy PRO. A co! Kto wariatowi zabroni. Kto zainteresowany, wie czym jest KCH Enduro Dynamit, a do tego kto jedzie w klasie PRO. Juszczaki, Nędzki i im podobni. Będzie z kim walczyć. Przynajmniej spróbuję podjąć rękawicę.

Aha, nie pisze o przygotowaniach do tych zawodów, bo ich po prostu praktycznie nie poczyniłem. Po II rundzie CC w Ostrowcu Świętokrzyskim w motocyklu zmieniłem opony na Metzeller Six Days (soft) i założyłem grubą dętkę na przednie koło (z tyłu już taką miałem). Oponki te polecało kilka osób na „fejsbukowej” dyskusji na profilu organizatora. Czy to na jazdę, czy też na siłownię zabrakło mi czasu. Mimo wszystko w dużej mierze liczyłem na cudowne właściwości jezdne opon, no i lepszy zawias w EXC w stosunku do tego, czym dysponował mój dawny SX-F. W ogóle sprzęt mam teraz dedykowany do tego typu zawodów, więc będą się liczyć tak naprawdę moje umiejętności. Jak już też wspomniałem, na nieco wyższym poziomie niż rok temu.

Miejsce zawodów, depo, biuro zawodów, scena itp. – deja vu zeszłego roku. Na pewno doszły prysznice, które moim zdaniem były rewelacyjnym pomysłem. Widać poszanowanie tych, co przyjechali się tutaj wytyrać. Pewnie było coś więcej, na co nie zwróciłem uwagi, bo tak naprawdę wszystko, czego potrzebowałem do ścigania się, było zapewnione, dopięte na ostatni guzik.

Kwalifikacje też były rozgrywane w podobnym systemie, jak rok temu. Miałem jak wszyscy cztery przejazdy po trasie dla klasy Amator i czas najlepszego będzie dawał mi miejsce w odpowiedniej linii do startu. Trasa od mojego ostatniego udziału też praktycznie ta sama. Zmieniła się może w 20%, gdzie dorzucono kilka nowych ścieżek i próbę superenduro z belkami i oponami.

Pierwszy przejazd potraktowałem zapoznawczo. Przejechałem go bezbłędnie. Nawet poradziłem sobie z oponami, których się obawiałem. Rozluźniłem się maksymalnie. Z dużym spokojem oczekiwałem na swój kolejny przejazd.

Drugą próbę jechałem już naprawdę szybko i agresywnie – oczywiście jak na swoje możliwości. Delikatnie kładę motocykl na szczycie jednego z podjazdów, ale strata czasowa praktycznie żadna. Z zadowoleniem zjeżdżam do depo, ale ku mojemu zdziwieniu czasu nie poprawiłem.

Trzecią próbę jadę podobnie jak drugą. Gdzie się tylko da odwijam gaz na maksa, maksymalnie też opóźniam hamowania. Kilka razy się ratuję sunąc na zblokowanych kołach tuż przed zakrętem. Idzie mi fajnie do nieszczęsnych opon. Chwila zawahania, nie w punkt strzelam ze sprzęgła i… przelatuję przez przednie koło. Fajnie żarło i zdechło. Najgorsze jest to, że ludziska patrzą na mnie, a ja Airohem szukam trufli na jakimś starym torowisku. Podnoszę motocykl. Dostrzegam urwany wspornik tablicy rejestracyjnej i tylną lampę, ale na ocenę strat nie ma czasu, chcę uciec spod ostrzału tych wszystkich spojrzeń. Znowu błąd! Tym razem upadam między belkami. Nie mam siły na szarpanie się z motocyklem. Chwytam za przednie koło i próbuję je przerzucić przez pierwszą belkę. Trochę nieprofesjonalnie, ale udaje się. Kończę trzecią próbę nie poprawiając czasu. Uznaję też, że wystarczy na dziś i trzeba odpocząć przed niedzielnymi zawodami. Tak na marginesie, po powrocie do domu sprawdzam wyniki kwalifikacji i zauważam, że udało mi się wyprzedzić 9 zawodników w mojej klasie. Zasypiam z nadzieją na wyprzedzenie kolejnych podczas wyścigu, bo regularne ściganie w CC powinno dać mi wytrzymałość i kondycję. Trudniejsze przeszkody planuję atakować z rozwagą, a przez resztę wyścigu utrzymywać dobre, ale równe tempo.

W tym roku nie mam większych problemów z psychiką. Rok temu spalałem się już na starcie. Teraz też się denerwuję, ale nie aż tak, żeby rzygać po kątach czy drętwieć ze strachu. Ze spokojem oczekuję swojego startu, nie prorokując, że zakończy się on totalną porażką.

Z linii wyszedłem na trzeciej pozycji. Chwilę później spadłem chyba dwie pozycje niżej, bo w tumanach kurzu nie chciałem ryzykować karkołomnej jazdy. Tym bardziej, że podążam za czyimś czerwonym światełkiem. Nic innego nie było widać. Trochę słabo byłoby spaść z przepaści lub pocałować koparkę przy pełnej prędkości. Mam żonę, dziecko, plany na przyszłość – kopalnia to nie piaskownica.

Kiedy wjechaliśmy na teren, gdzie mniej się kurzyło zaczynam gonić tych dwóch, co to mnie śmieli wyprzedzić. Idzie dobrze. Tutaj też przestaje działać mój plan o w miarę rozsądnej jeździe. Przed nami dwie godziny ścigania, a ja zachowuję się tak, jakbym chciał objechać wszystkich na pierwszym kółku. Ten przede mną ma problemy z przejeżdżaniem większych kamieni, ja o dziwo nie. Prawie go doszedłem i szykowałem się do ataku. Jeszcze tylko jeden podjazd i będę go miał – tak sobie układałem plan. Na tym podjeździe, który przejeżdżałem rok temu i w tym podczas kwalifikacji zaczęły się problemy. Grzeję ostro pod górę. Trochę za szybko, ale za szczytem chcę gościa wyprzedzić. Gdzieś tam u góry było lekkie zaniżenie przypominające dziurę. Normalnie bym to przefrunął, ale na chwilę się zawahałem. Lekko podsprzęglam, a kiedy tylne koło przyziemia, zbyt mocno puszczam sprzęgło i wykonuję pięknego backflipa, tzn. motocykl wykonuje, a ja zostaję na szczycie, lecz bez KTM-a między nogami. Kiedy wyrywał mi się z rąk, prawą ręką przytrzymałem manetkę gazu, a kierownica wyszarpnęła mi ramię ze stawu barkowego. Szybko się pozbierałem. Bark lekko bolał, ale dało się jechać. W sumie bolało tylko na zjazdach.

Dopadam do kolejnej poważniejszej przeszkody, która „zatrzymała” sporo zawodników, małej górki usłanej grubym kamieniem. Z prawej strony korek jak cholera. Kilku próbuje się skrobać od lewej. Mam sixdejsy, więc co mi tam, spróbuję. Albo inaczej: no risk, no fun. O dziwo dość sprawnie wygrzebuję się na górę. Wyprzedzam wielu chłopaków, którzy dalej gotowali motory w tym korku. Ruszam dalej w trasę. Odwijam mocno gaz i znowu rozłącza mi staw i blokuje rękę. Teraz już naprawdę boli. Zrobiłem ruch łokciem do tyłu i kostki z chrupnięciem ułożyły się na miejscu. Już wiem, że będzie ciężko ukończyć zawody, ale przynajmniej jedno okrążenie chcę przejechać.

Zjazdy są bolesne, ale na zawodach bywało gorzej, choćby zeszłoroczne CC w Ostrowcu Świętokrzyskim. Najważniejsze, że jadę i trochę chłopów wyprzedziłem, to mnie napędza. Popełniam mały błąd na oponach, zbyt wolno do nich dojeżdżając. Nie próbuję ich przeskakiwać na chama, tylko robię nawrót i atakuję ponownie. Z powodzeniem. Stąd już prosta droga do słynnego Dżepetto. Ta góra mnie trochę przeraża. No nic, 3, później 2, jak radzili koledzy i nawet jakoś idę. Za półką na podjeździe, na środku trasy leży zawodnik. Trzymam się prawej strony. Jest tam trochę luźnej nawierzchni. Niepotrzebnie ujmuję nieco gazu. Próbuję ratować się sprzęgłem. Efektu można było się spodziewać – leżę. Powoli zsuwam się na półkę. Kibice przytrzymują mi motor i pomagają wsiąść. Zbyt nerwowa, szarpana jazda już kosztowała mnie sporo sił. Ręka boli, ale podejmuję jeszcze jedną próbę wyjechania na szczyt. Znowu bez powodzenia. Znowu zsuwam się na półkę i próbuję złapać oddech. Tłumaczę sobie, że nawet jeśli wyjadę, to na zjeździe z tą ręką będę miał problem. A wszyscy mówili, że trzeba się pilnować, kiedy motocykl zacznie sunąć w dół. Boję się, że nie dam rady odpowiednio manewrować kierownicą na zjeździe i moja jazda zakończy się jeszcze większą katastrofą niż teraz. Opuszczam Dżepetto w kierunku przeciwnym niż bym chciał. Zjeżdżam do depo.

Zeszłoroczny udział w tych zawodach traktuję jako swój ogromny sukces. Tegoroczny okazał się porażką. Taki to sport. Z całego weekendowego ścigania najwięcej pojeździłem w sobotę podczas kwalifikacji. Mój wyścig główny trwał niecałe 13 min., dlatego nie będzie obszernej relacji z zawodów. Za rok będę chciał się tam pojawić ponownie. Mam rachunki do wyrównania z tą górą (Dżepetto).

Finalnie zostaję sklasyfikowany na 71 miejscu spośród 74 startujących. Nawet to, że to wynik w starcie klasy PRO nie jest dla mnie żadnym pocieszeniem. Stać mnie na dużo więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *